Spóźnionych, Wesołych Świąt i szczęśliwego Nowego Roku, baranki! ♥♥
Bro wpatrywał się w hałaśliwe miasto, kiedy gorące teksańskie słońce prażyło go w odkryte przez podkoszulek ramiona. Delikatny wietrszyk szeleścił końcówkami jego włosów wystających spod czapki. Zawsze tu przychodził, kiedy potrzebował oczyścić umysł i wcześniej zawsze to działało.
Ale teraz, każdy dawny problem wydawał się być żartem. Zdołał złapać jedną dobrą rzecz, którą miał w życiu i zjebał ją. Dosłownie jebał ją w materac. I wtedy Bro popełnił największy życiowy błąd.
Seks nie był najgorszym błędem. Nie, z tym mógł sobie poradzić. Najgorsze było coś zupełnie innego, coś, czego nie umiał nazwać, ale pozwolił sobie na słabość. Pozwolił, żeby to go zmieniło. Odrobinę. A teraz miał za to zapłacić. Już wiedział, że to on będzie musiał za to zapłacić. Dave nie zrobił nic złego.
Bro był wciąż na niego cholernie wściekły, ale wiedział, że dobra walka na miecze to zmieni. A wtedy, kiedy już nie będzie zły...
Nie wiedział.
Usłyszał skrzypienie drzwi do klatki schodowej i odszedł od krawędzi. Stał na środku, z nogami ustawionymi w dobrej stancji, ramionami założonymi na piersiach i idealną, opanowaną złością na twarzy. Dave stał jak jego perkekcyjna miniatorowa kopia z równie idealną postawą, chociaż jego twarz nie wyrażała złości. Nie była zdenerwowana, nie była czymś. Dave był idealnie nijaką kartą.
- Lubimy ostatnio plotkować? - Bro oskarżył go przez zaciśnięte zęby, wyciągając swój miecz.
- Nie muszę się przed tobą z niczego do cholery tłumaczyć - odpowiedział pewnie Dave, kiedy stał z rękoma zwisającymi spokojnie po bokach.
- Widocznie powaga sytuacji jeszcze do ciebie nie dotarła. Może powinienem zmusić cię do biegania po narodowym spisie przestępców seksualnych, żeby ci podpowiedzieć.
Dave prychnął zniesmaczony.
- To nie ja nie rozumiem, o co chodzi, dude. - Potrząsnął ledwie widocznie głową. - Mam dość gadania.
Wyciągnął swój miecz, dźwięk metalu ocierającego się o rękojeść był znajomy jak wypełnione smogiem powietrze. I wtedy Bro atakował go najszybszym ruchem, jaki potrafił wykrzesać. Dave uniósł ostrze, żeby spotkały się w perfekcyjnym bloku, jakby wszystko przewidział. Dźwięk uderzenia zabrzmiał w uszach Bro, kiedy starał się oczyścić swój umysł.
Zaczął spokojnie, ale stanowczo, kilka cięć na rozgrzewkę w znajomym rytmie, które Dave z łatwością sparował. Powtórzył je, ale w połowie trzeciego zmienił to, przechodząc szybko z niskiego do wysokiego cięcia. Dave uchylił się i zblokował go bez trudu. Bro był zbyt zły, żeby rozsądnie myśleć. Dave był spokojny jak nigdy.
- No dajesz, Bro. To wszystko, co potrafisz? - prowokował. Bro znów na niego ruszył, nie będąc pewnym po co w ogóle walczył, ale cokolwiek do cholery to było, było to piekielnie ważne. Ich dwoje tańczyło po dachu, wśród znajomych przeszkód, rur i aparatów wentylacyjnych, dwóch składanych krzeseł ustawionych przez starszą parę, mieszkającą na ostatnim piętrze. Obaj znali każdy centymetr tego dachu i obaj znali każdy swój ruch.
Dave był zawsze godnym przeciwnikiem, chociaż jeszcze nigdy nie pokonał Bro. Na pewno miał te same umięjętności. Jednego dnia, prawdopodobnie niedługo, przerośnie Bro - w końcu zaczynał walkę na miecze w o wiele młodszym wieku. Jednak Bro wciąż posiadał dużą przewagę w sile i wytrzymałości. Właśnie tak zazwyczaj wygrywał - przeciągał walkę, czekał, aż Dave wystarczająco się zmęczy, żeby wykonać ostateczny cios.
- Oskarżyłbym cię o przewrażliwienie - powiedział Dave, jakimś cudem wystarczająco spokojny, żeby mieć siłę rozmawiać, - ale nie. Po prostu widzisz złą perespektywę.
Bro oddychał za ciężko, żeby rozmawiać, nie, żeby miał cokolwiek do powiedzenia. Ruszył na Dave'a z pionowym ciosem, a ostrze Dave'a już czekało na blok. Okręcił swój miecz, żeby zmienić kierunek ciosu Bro i wyszedł spoza jego zasięgu, kupując sobie pół sekundy, w ciągu której Bro musiał zmienić kierunek ostrza. Ponownie stanęli twarzą w twarz.
- Skoro już widzisz moją perspektywę tak dobrze - udało mu się z siebie wypluć - dlaczego nie przedstawisz mi swojej?
Po raz pierwszy Dave przestał blokować i sam zaatakował. Jego uderzenia były nieskazitelne, ale bardzo przewidywalne. Bro odpoczął trochę odpierając jego ataki, ponieważ znał jego przyszłe ruchy. Znał każdy.
- Musiałem powiedzieć to Johnowi - powiedział. - Zasługuje na to.
- Po cholerę? To nie jego sprawa.
- Ja jestem jego sprawą - powiedział Dave'a. - To nie ma znaczenia, Bro, wiem, że nie możesz tego zrozumieć.
Nowa fala wściełosci zalała Bro. Przełamał mieczem kolejne uderzenie Dave'a i poprowadził je na niego, ostrze zatrzymało się 3 cale od jego twarzy. Oczywiście ćwiczyli ze stępionymi mieczami, błąd kończył się zazwyczaj tylko ostrą, czerwoną szramą, ale nie sprawiało, że walka była bezpieczna. Obaj kończyli ze szwami wystarczająco często, żeby wyrobić sobie opinię o obsłudze klienta w wielu okolicznych izbach przyjęć.
Bro napierał mocno swoim mieczem, kiedy Dave pocił się, starając się go odsunąć.
- Oświeć mnie - wypluł Bro.
Dave nagle się odchylił w pięknym pokazie zręczności i wyślizgnął się spod Bro, kiedy ten stracił równowagę z powodu własnego ciężaru. Potrzebował kilku kroków, żeby odzyskać balans ciała. Odwrocił się, gotowy odbić kolejny atak.
Dave stał z obniżonym ostrzem kilka stóp dalej.
- Nazywa się to przyjaźń - powiedział. - Nie nabijam się z ciebie. Wiem, że nie możesz tego zrozumieć, bo nie masz żadnych przyjaciół.
- Mam setki pieprzonych przyjaciół.
Dave prychnął.
- Nie, Bro. Znasz setki ludzi.
Złość Bro zapłonęła do oślepiającej furii. Bro aatakował nieubłaganie, głupio, bezskutecznie. Dave odparowywał go bez trudu, robiąc z niego głupka, ledwo się pocąc, kiedy z łatwością unikał większości ataków Bro.
- Właśnie to się do cholery dzieje, kiedy nikogo do siebie nie dopuszczasz, Bro. Wciąż mi mówisz, że tego nie łapię, że jestem za młody, żeby to zrozumieć, ale kurwa, wiem o wiele więcej o relacjach niż ty, bo jakieś posiadam.
Bro tracił siły, wiedział to. Ale już dłużej się o to nie martwił. Jeśli Dave chciał z niego kpić, pobić i pociąć mieczem, powinien to w końcu, do kurwy, zrobić.
- Więc kiedy dopuszczasz do siebie tylko jedną osobę, co się dzeje? Huh? To, co się między nami stało nie jest żadną pieprzoną zagadką, ma sens. Jeśli istnieje tylko jedna osoba, o którą się martwisz, myślisz, że co się stanie?
Umysł Bro odmówił przyznania tego, czego jego serce odmówiło nosić. W zamian popadł w tę samą starą rutynę autoagresji, która była o wiele bardziej znajoma, o wiele bardziej wygodna.
- Po prostu to powiedz, Dave. Obaj wiemy, jak spierdoliłem twoje wychowanie; skończysz, jak ci bogaci, ludzie sukcesu, którzy opowiadają drogim pindom każdego piątku, jak popieprzone było ich dzieciństwo, a późnej wracają do domu, do nudnej, normalnej rodziny z trójką głupich dziciaków, które mają zakaz spotykania się z ich szalonym wujaszkiem.
Ostatnimi pokładami siły Bro pozwolił sobie przeprowadzić ostrą falę ataków. Dave dorównywał mu, ale widać było, że powoli się męczył. Bro zbliżał się do niego; Dave'owi coraz trudniej było go odpierać, ostrze Bro było coraz bliżej z każdym cięciem.
- Pieprzyć to, Bro. Jeśli kiedykolwiek skończę z dzieciakami, będą w chuj zajebiste - powiedział. Wtedy uniósł kolano w pierś Bro, prosto w jego splot słoneczny. Bro tego nie przewidział; był zbyt skupiony na swoim ataku, żeby pamiętać, że Dave mógł mu oddać.
Całe powietrze z niego uszło, kiedy upadł na kolana, walcząc o każdy oddech, jego ciało desperacko walczyło o nie, kiedy jego płuca odmawiały pracy. Poczuł delikatnie krawędź ostrza Dave'a na swoim gardle, co symbolizowało śmierć. Bro upadł na tyłek ze zmęczenia, pochylony, starając się uspokoić swoją przeponę wystarczająco, żeby odetchnąć.
- John jest największym heterodupkiem dziejów - powiedział Dave. - Powinieneś zobaczyć te zgraje dziewczyn, za którymi goni... i te, które zdobywa z tym całym swoim "jestem bezradnym nerdem bez życia, och, niech ktoś mnie uratuje". To obrzydliwe.
Bro w końcu udało się nabrać trochę powietrza. Chciał nabrać głębokich haustów, ale ugrał tylko malutkie wdechy. Dave. Bogu dzięki, w końcu na moment się przymknął i pozwolił mu się zregenerować, aż był w stanie oprzeć się plecami o wentylator.
- Więc dlaczego przestał się tu pojawiać? - Bro w końcu udało się z siebie wydusić. Dave obrócił się i usiadł na czubku pudła instalacji elektrycznej, opieracjąc łokcie na kolanach, między którymi wisiały jego dłonie.
- Bo byłem w nim cholernie zakochany i wiedział, wszystko było tak cholernie żałosne i dziwne, bo nie wiedział, jak się zachowywać, a ja nie wiedziałem, jak wszystko naprawić i po prostu... najłatwiej było przestać się tak często spotkać, to tyle.
Bro był zbyt zmęczony i zdezorientowany, żeby pieprzyć się z byciem fajnym. Pozwolił swoim brwiom się zmarszczyć.
- Więc co się zmieniło?
- Wszystko mu powiedziałem.
Dave zsunąl się z pudła i dołączył do Bro na gorącej papie. Uklęknął z jedną nogą pomiędzy tymi Bro, zdecydowanie za blisko.
- Powiedziałem, że już nie musi czuć się winny o ranienie mnie. Powiedziałem, że już mi przeszedł od tak. Że moglibyśmy być tylko przyjaciółmi, bo mam kogoś innego.
Bro zacisnął mocno oczy, jego myśli wirowały. Nigdy wcześniej nie był zbity z tropu. Poczuł jak coś ociera się o jego policzek i każdy jego mięsień napiął się, gotowy do kolejnej walki, zanim doszło do niego, że były to palce Dave'a. Otworzył oczy, niewystarczająco odważny, żeby spojrzeć Dave'owi w oczy, nawet przez dwie pary szkieł.
- Bro, wiem, że jestem wszystkim, co masz, okay? Nie jesteś wszystkim, co mam, więc łapię, dlaczego jesteś zazdrosny, łapię, że jesteś wystarszony, łąpię, że jesteś wkurzony. Wszystko łapię. Nie jestem zbyt młody albo niewinny albo inne pierdolenie. Nie ma we mnie za grosz niewinności. Dobrze o to zadbałeś.
Bro skrzywił się. Wolałby, żeby Dave przeciął go mieczem, bolałoby mniej.
- I to jest kurewsko zajebiste - powiedział Dave i wtedy go całował, z pełną siłą, uderzając głową Bro w rurę wentylacyjną z głośnym uderzeniem. A Bro nie mógł się powstrzymać przed odwzajemnieniem pocałunków, nic nie mógł na to poradzić. Jego ramiona oplotły Dave'a wbrew jego woli, przyciągając go, przyciągając blisko, przez ciepło otoczenia i ich ciał pot zaczął spływać mu do oczu i dalej po szyi i nigdy, ale to nigdy, nie chciał się stamtąd ruszać.
Zrobiło się za gorąco i Dave'a musiał się od niego odsunąć i wstać. Wyciągnął przed siebie dłoń i Bro ujął ją, podnosząc się na równe nogi. Dave był od niego niższy, jeszcze, ale nie przeszkodziło to Bro w czuciu się niesamowicie małym, słabym i delikatym.
- Rozumiem, że jestem wszystkim, co masz, Bro. Rozumiem. Jedyne, co musisz zrozumieć to, że to znaczy, że nigdzie się nie wybieram. Nigdy. Bo jeśli na świecie istnieje jakaś osoba, która naprawdę mnie potrzebuje, to jesteś nią ty.
Jedyne, co mógł zrobić Bro, to pocałować go. Nie miał pojęcia, jak opisać to, co czuł; nie mógł uporządkować swoich myśli wystarczająco, żeby złożyć jakiekolwiek zdanie. Więc pozwolił swoim ustom pokazać swoje uczucia, desperacko, szybko i żywo.
Dave odsunął się od jego pocałunków i Bro po prostu ruszył ustami dalej, na jego szyję, gdzie słony smak jego potu wypełniał mu usta, ale Bro to nie obchodziło.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fanfik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fanfik. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 27 grudnia 2016
środa, 21 września 2016
Spideypool 2
Wade stał na pustym korytarzu, w zamyśleniu dotykając palcami już zagojonego na szyi śladu po ugryzieniu. Obserwał przez szybę spokojną twarz Petera Parkera. Właśnie tak wyglądał Spiderman. Wade fantazjował na ten temat wielokrotnie, ale żaden obraz nie był taki satysfakcjonujący jak ten przed nim. Cholera, nawet jego mokre sny nie były tak szalone jak ten pajączek kwadrans temu. Widocznie nawet tak gówniane życie jak jego serwowało czasami szczęśliwe niespodzianki.
Zapewne był to tylko epizod w jego śmierdzącym, nieskończonym życiu. Czuł potrzebę powrotu do domu, odpuścić im zażenowania i wstydu, teoretycznie wymazać z pamięci całe zajście, chociaż z góry było przesądzone, że nigdy nie zdoła zapomnieć. No i coś trzymało go w miejscu. Modlił się na swój sposób, żeby nie było to przywiązanie. W końcu dzieciak przeleciał go na jakichś psychotropach, jego reakcje po wybudzeniu zawierały się w przedziale od źle do cholernie źle.
Jednak pojawiła się przed nim pielęgniarka z miską wody, ręcznikami i szpitalnymi ciuszkami, wyrwając go z zamyślenia. Odruchowo ruszył otworzyć jej drzwi - kiedy miał szansę się wykazać, okazywał się być gentlemanem. Dziewczyna podziękowała cicho, chyląc głowę, ale on dalej stał trzymając klamkę w dłoni.
- Przepraszam, ale będzie musiał pan wyjść, trzeba go umyć.
- Sam to zrobię - stwierdził.
- Słucham?
- Sam to zrobię - powtórzył pewniej, prostując się i rozluźniając ramiona. - Skarbie, mam dyplom z pielęgniarstwa i przyjaźnię się z chłopakiem, na pewno będzie czuł się lepiej z tym, że zrobiłem to ja, a nie nieznana dziewczyna. Potrafi być bardzo wstydliwy.
Nie, nie miał żadnego dyplomu (przynajmniej o żadnym nie pamietał, ale w zakresie wyszkolić się musiał) i nie, Peter na pewno nie uważał go za przyjaciela (chociaż byłoby to niesamowite), ale skąd dziewczyna (chociaż pewnie agentka) mogła to wiedzieć - no oczywiście, że znikąd. Widać było w jej oczach wahanie, ale wyszła, mówiąc, że wróci za kwadrans. Takim sposobem Deadpool został ponownie z Peterem sam na sam, tylko ten był teraz nieprzytomny. Wade zaciągnął roletę na przeszklonych drzwiach i wziął się do mycia Petera. Robił to ostrożnie i uważnie, poszukując jakichkolwiek siniaków, jakie mógł zostawić na ślicznej skórze chłopaka, ale takich nie było. I wcale nie był przy tym sentymentalny, pragmatyzm emanował z każdego skrawka jego blizn. Kiedy skończył, przykrył go starannie kołdrą i wyszedł z sali. Teraz była kolej na jego prysznic. Wade dawno się tak nie spocił, pewnie spalił na fiku miku z Parkerem więcej kalorii niż przez kilka dni na pustyni.
Stojąc w windzie, wyciągnął z kieszeni swój telefon wpakowanym w etui Hello Kitty, który wywoływał uśmiech na buzi Ellie. Wśród wiadomości od pracowników, księgowej, klientów i innych dupereli, jego uwagę przykuła ta od Preston.
Odwołałam strażników, chłopak jest pod twoją opieką. Powodzenia.
Wade przewrócił oczyma, chociaż nie mógł powstrzymać uśmiechu, który wypłynął na jego twarz. Czuł się z tym źle, ale miał o jeden powód więcej, żeby zostać przy chłopaku i to jeszcze taki prosto od SHIELDu. Ulżyło mu, jednak obiecał sobie, że będzie pilnował Petera, dopóki Avengersi nie wrócą ze swojej super tajnej misji. Kiedy na sali pojawi się Stark lub grzeczna wersja Hulka, pewnie przeniosą Petera do Stark Tower, a on nie będzie już dłużej potrzebny.
Wychodzę, ale bd za jakieś pół godz! <333 lepiej wyłącz monitoring xoxo
Poszedł do swojej najbliższym kwatery znajdującej się pięć minut od siedziby SHIELD. W NYC miał naprawdę sporo kryjówek, przynajmniej jedno w okolicy każdego strategicznego miejsca - w końcu kto bogatemu zabroni? Umył się tam, zmienił bieliznę i spakował najpotrzebniejsze rzeczy. Gdzieś wśród wykonywanych przez niego czynności uświadomił sobie, że nie potrafiłby wytrzymać samemu w domu ani nawet w Monster Metropolis, kiedy Peter leżał nieprzytomny i bezbronny na szpitalnym łóżku. W drodze powrotnej do siedziby SHIELDu zjadł dwa hot-dogi, kupił wody i wafli ryżowych. Do środka wszedł bez przeszkód, a w sali Petera przywitała go pielęgniarka, żeby wytłumaczyć mu, jak i kiedy miał podawać chłopakowi kroplówkę. Teraz leżał na brzuchu na grubym kocu rozłożonym na ziemi obok łóżka Petera.
Minęło już osiem godzin i pobijał rekord w Bubble Witch Saga, kręcąc w powietrzu stopami. Nic się nie działo, korytarze były puste i ciche. Jedynym źródłem światła były ulice NYC, lampka nocna, którą Wade postawił na podłodze, ekran jego telefonu i ekran sprzętu medycznego, który rytmiczne pikał.
Zapewne był to tylko epizod w jego śmierdzącym, nieskończonym życiu. Czuł potrzebę powrotu do domu, odpuścić im zażenowania i wstydu, teoretycznie wymazać z pamięci całe zajście, chociaż z góry było przesądzone, że nigdy nie zdoła zapomnieć. No i coś trzymało go w miejscu. Modlił się na swój sposób, żeby nie było to przywiązanie. W końcu dzieciak przeleciał go na jakichś psychotropach, jego reakcje po wybudzeniu zawierały się w przedziale od źle do cholernie źle.
Jednak pojawiła się przed nim pielęgniarka z miską wody, ręcznikami i szpitalnymi ciuszkami, wyrwając go z zamyślenia. Odruchowo ruszył otworzyć jej drzwi - kiedy miał szansę się wykazać, okazywał się być gentlemanem. Dziewczyna podziękowała cicho, chyląc głowę, ale on dalej stał trzymając klamkę w dłoni.
- Przepraszam, ale będzie musiał pan wyjść, trzeba go umyć.
- Sam to zrobię - stwierdził.
- Słucham?
- Sam to zrobię - powtórzył pewniej, prostując się i rozluźniając ramiona. - Skarbie, mam dyplom z pielęgniarstwa i przyjaźnię się z chłopakiem, na pewno będzie czuł się lepiej z tym, że zrobiłem to ja, a nie nieznana dziewczyna. Potrafi być bardzo wstydliwy.
Nie, nie miał żadnego dyplomu (przynajmniej o żadnym nie pamietał, ale w zakresie wyszkolić się musiał) i nie, Peter na pewno nie uważał go za przyjaciela (chociaż byłoby to niesamowite), ale skąd dziewczyna (chociaż pewnie agentka) mogła to wiedzieć - no oczywiście, że znikąd. Widać było w jej oczach wahanie, ale wyszła, mówiąc, że wróci za kwadrans. Takim sposobem Deadpool został ponownie z Peterem sam na sam, tylko ten był teraz nieprzytomny. Wade zaciągnął roletę na przeszklonych drzwiach i wziął się do mycia Petera. Robił to ostrożnie i uważnie, poszukując jakichkolwiek siniaków, jakie mógł zostawić na ślicznej skórze chłopaka, ale takich nie było. I wcale nie był przy tym sentymentalny, pragmatyzm emanował z każdego skrawka jego blizn. Kiedy skończył, przykrył go starannie kołdrą i wyszedł z sali. Teraz była kolej na jego prysznic. Wade dawno się tak nie spocił, pewnie spalił na fiku miku z Parkerem więcej kalorii niż przez kilka dni na pustyni.
Stojąc w windzie, wyciągnął z kieszeni swój telefon wpakowanym w etui Hello Kitty, który wywoływał uśmiech na buzi Ellie. Wśród wiadomości od pracowników, księgowej, klientów i innych dupereli, jego uwagę przykuła ta od Preston.
Odwołałam strażników, chłopak jest pod twoją opieką. Powodzenia.
Wade przewrócił oczyma, chociaż nie mógł powstrzymać uśmiechu, który wypłynął na jego twarz. Czuł się z tym źle, ale miał o jeden powód więcej, żeby zostać przy chłopaku i to jeszcze taki prosto od SHIELDu. Ulżyło mu, jednak obiecał sobie, że będzie pilnował Petera, dopóki Avengersi nie wrócą ze swojej super tajnej misji. Kiedy na sali pojawi się Stark lub grzeczna wersja Hulka, pewnie przeniosą Petera do Stark Tower, a on nie będzie już dłużej potrzebny.
Wychodzę, ale bd za jakieś pół godz! <333 lepiej wyłącz monitoring xoxo
Poszedł do swojej najbliższym kwatery znajdującej się pięć minut od siedziby SHIELD. W NYC miał naprawdę sporo kryjówek, przynajmniej jedno w okolicy każdego strategicznego miejsca - w końcu kto bogatemu zabroni? Umył się tam, zmienił bieliznę i spakował najpotrzebniejsze rzeczy. Gdzieś wśród wykonywanych przez niego czynności uświadomił sobie, że nie potrafiłby wytrzymać samemu w domu ani nawet w Monster Metropolis, kiedy Peter leżał nieprzytomny i bezbronny na szpitalnym łóżku. W drodze powrotnej do siedziby SHIELDu zjadł dwa hot-dogi, kupił wody i wafli ryżowych. Do środka wszedł bez przeszkód, a w sali Petera przywitała go pielęgniarka, żeby wytłumaczyć mu, jak i kiedy miał podawać chłopakowi kroplówkę. Teraz leżał na brzuchu na grubym kocu rozłożonym na ziemi obok łóżka Petera.
Minęło już osiem godzin i pobijał rekord w Bubble Witch Saga, kręcąc w powietrzu stopami. Nic się nie działo, korytarze były puste i ciche. Jedynym źródłem światła były ulice NYC, lampka nocna, którą Wade postawił na podłodze, ekran jego telefonu i ekran sprzętu medycznego, który rytmiczne pikał.
Wtedy usłyszał szelest kołdry. Poderwał się na równe nogi, zapominając natychmiast o swoim smartphonie w przesłodkim etui, które zamierzał w najbliższym czasie wymienić, bo ubrudziło się jakimś smarem. Mimowolnie skrzywił się i wzdrygnął na widok tych wszystkich szpitalnych kabli, ale zaraz skupił się na Pajączku. Oddech Petera zmienił się, a jego brwi zmarszczyły. Wade dawno nie czuł się taki rozdarty, bał się, ale też i nie mógł doczekać tego, co stanie się po przebudzeniu Petera. Jednak kiedy chodziło o życie uczuciowe, nie był taki niepoważny jak zwykle.
- Szz, Petey, szzz, śpij - wyszeptał jak najciszej do ucha chłopaka. Wiedział, że jego głos nie był stworzony do śpiewania kołysanek. Jeszcze przyprawiłby Petera o koszmary. Jednak było za późno, Peter już rozwarł szeroko oczy, patrząc prosto w jego maskę.
Wade przełknął głośno ślinę. Teraz ważyło się jego życie. Albo za chwilę wyleci szklanym oknem i będzie marzł, aż zrośnie mu się kręgosłup i organy lub stanie się cud i Peter tylko zakaże mu się do siebie zbliżać.
- Stoi mi, Wade - Peter mruknął zaspany i och, Wade nie wiedział, czym bardziej się zachwycić: zachrypniętym głosem Petera czy tym, że nadal był napalony. Zerknął w dół, ale nie zauważył żadnych wybrzuszeń.
- Chcesz się napić wody? Jesteś w kwaterze SHIELD - poinformował go, bo tak wypadło. - Jestem taki odpowiedzialny - mruknął w powietrze.
- Stoi mi - powtórzył Peter, a Wade nie mógł powstrzymać lekkiego uśmiechu.
- Nic nie widzę, Petey-pie - odpowiedział mu, unosząc brew.
- Panie doktorze, powinien pan to sprawdzić.
- Och, nie, wzmianka o doktorze mnie otrzeźwiła, nie lubię lekarzy i szpitali - rzucił szybko, prostując się, po czym zaczął poważniej: - Peter, jesteś ledwo żywy i tak słaby, że świntuszyć nie możesz. Nawet nie może ci pożądnie stanąć.
- Wade, czuję, jak te potworne bokserki potwornie mnie upijają. Gwarantuję, że nie zawiedziesz się, jak je ściągniesz. Na pewno nie są moje, kto mi je założył? - zaczął lekko trzeźwieć.
- Hmm - Wade przytknął palec do ust, - ja.
- Rozebrałeś mnie, kiedy spałem?
- Nawet umyłem. Sam nie mogę w to uwierzyć.
Peter patrzył prosto na jego maskę tam, gdzie kryły się jego oczy. Oblizał wargi i sięgnął dłonią w dół, pod kołdrę. Z gardła Wade'a wydarł się dziwny, nieokreślony pisk zaskoczenia.
- Słodki Jezu - pisnął, gapiąc się w szoku na Petera.
- Będziesz tak stał czy mi pomożesz?
- Cholera, znienawidzisz później mnie i siebie - próbował uświadomić go Wade, ignorując część umysłu, która mu mówiła, żeby korzystał póki może, bo, no cóż, nie była to częsta okoliczność.
- Od razu po przebudzeniu jestem najszczerszy, Wade - zaczął Peter, dłoń, którą nie masował palcami swojej erekcji, oplótł kark mężczyzny. - Nie znienawidzę cię, Wade, zaopiekowałeś się mną, spełniasz moje zachcianki, wykorzystuję cię, ale mnie bronisz i oskarżasz o to siebie. Poza tym te taco, które kupujesz są nieziemskie. Myślisz, że nie zauważyłem, że starasz się być lepszy, Wade? Chciałbym myśleć poważnie, ale nie potrafię, chcę ciebie - powiedział, odwracając wzrok. - Teraz cię wykorzystuję. Wiem, że uwielbiasz mój tyłek, ale nawet nie mogę być pewny, że tego chcesz... ale nie mogę się zmusić, żeby się tym przejmować.
- Właśnie, teraz nie możesz się przejmować, bo jesteś naćpany, Peter. To ja cię wykorzystuje, żeby w końcu dotknąć twojego tyłka i uwierz, nigdy nie czułem się tak blisko Boga.
- Nie wykorzystujesz, póki sam tego chcę. Nie wmawiaj mi tego - zacisnął palce na jego karku. - Poza tym nie jestem naćpany, tylko rozpalony. Tygrysie, na co czekasz?
- Sam nie wiem - jęknął zrozpaczony. - Nie poznaję się już.
- Co byś normalnie zrobił?
Wade przełknął ślinę i rozwarł usta, żeby coś powiedzieć, ale na końcu języka miał takie świństwa, że wolał się ograniczyć do wyglądania jak debil. Peter był za słaby na figle, których by po sobie oczekiwał.
- Korzystałbym z okazji, ale nią nie jesteś Peter.
- Wade, proszę cię - przewrócił oczyma, na co Wade zmarszczył brwi. - To nie jest okazja, chciałbym...
- Nie - przerwał mu oschle, prostując się, - pomyśl o tym. Słyszałem tę teorię, że nie można robić czegoś, czego wstydziłbyś się przed swoimi dziadkami - zaczął szybko tłumaczyć. - Nie mam babci, nie pamiętam nawet, jakie to uczucie, ale Kapitan musi wystarczyć i uwierz, Kapitanowi by się to nie podobało.
Peter w odpowiedzi przygryzł dolną wargę i zmarszczył brwi. Już dwie dłonie były schowane przed białą pościelą i Wade już wiedział, że rozmową nic nie zdziała. Westchnął i ruszył do drzwi, poszukać jakiejkolwiek pomocy, jednak nie wiedział, czego tak właściwie szukał - na pewno nie lekarza, nie potrafiłby się zmusić do znalezienia jakiegoś nieznajomego i wsunięciu Petera w jego brudne łapska.
- Wade! Nie idź! - zawołał płaczliwie Peter.
Odwrócił się zdziwiony i zerknął na chłopaka.
- Zaraz wrócę.
- Ale po co? Potrzebuję tylko ciebie.
Głupie, głupie serce Deadpoola zabiło jak szalone i on sam poczuł przyjemne ciepło rozchodzące się
po klatce piersiowej. Szybko wbił sobie boleśnie palce w bok szyi, udając, że się masuje.
- Potrzebujesz pomocy medycznej.
- Mam ją zapewnioną, racja?
- Potrzebujesz też wody - powiedział mniej pewnie.
- Po to mam kroplówkę, Wade, proszę, nie zostawiaj mnie tu samemu.
- Peter, źle się czuję to mówiąc, ale ktoś musi cię zbadać - powiedział surowo i otworzył drzwi.
Już postawił krok za próg, kiedy poczuł, jakby dostał klapsa w pośladki i został pociągnięty do tyłu. Zaskoczony wylądował twarzą na ziemi z tyłkiem w górze, za który, jak zgadywał, był ciągnięty przez pająka w stronę łóżka. Niewielu jego partnerów było tak zdesperowanych.
- Niewielu - mruknął w śnieżnobiałe kafle Wade.
Dał się przeciągnąć aż pod same łóżko. Dalej Peter już nie mógł go przeciągnąć. Gdy jego tyłek dotknął łóżka i ciągnięcie ustało, Wade podniósł się na nogi. Kiedy strzepywał nieistniejący kurz z kolan, usłyszał cichutkie i tak przyjemnie przepraszająco brzmiące:
- Wade.
Jeszcze chwilę temu Peter bezceremonialnie przyciągnął go twarzą po całym pokoju, a teraz brzmiał tak niewinnie i słodko. Wade powstrzymał gardłowy jęk.
- Tak, sweetums?
- Nie mogę wytrzymać bez ciebie obok. Zostaniesz ze mną?
Westchnął, jakie głupie pytanie.
- Nie chcę grać ofiary, to nie pasuje do mojego image'u silnego, bezwzględnego superbohatera in progress, ale Petey, czy mam inny wybór? Szczególnie z tą pajęczyną przy tyłku? Mógłbyś coś z nią zrobić?
- Podoba mi się tam, gdzie jest - stwierdził Peter, po czym dodał, - i tak nie mógłbym jej od ciebie odczepić, przynajmniej nie w najbliższym czasie, chociaż... - jego oczy zabłysnęły wesoło, a Deadpoola rozszerzyły. Wiedział, co miał na myśli.
- Zostawimy to na kiedy indziej, co nie? - Usiadł szybko na łóżku obok kolan Petera, który uśmiechnął się uroczo i wziął jego dłonie w swoje, lekko je ściskając.
Siedzieli tak chwilę w ciszy, prawie całkowitej. Wade zastanawiał się nad tym, co powinien robić i starał się zachować wszystko dla siebie, bo głupio było mu planować przy Peterze, ale nie potrafił zupełnie zapanować nad swoim językiem. Dzieciak go cholernie podniecał i był jego idolem, a szczerze, kto nie myślał o seksie ze swoim idolem? Szczególnie, kiedy raz już do takiego doszło i było możliwe, wizja była nawet bardziej pociągająca i napastliwa. Życzył tego wszystkim fankom, chociaż sam nie wiedział, czy dobrze czuł się w tej roli. Chciał być w miarę rozsądnym bohaterem, do cholery! Nie, błąd! Po prostu nie chciał się kierować kutasem, brak rozsądku był super.
Z rozważań wyrwały go długie i kościste palce Parkera, zaciskając się wokół jego.
- Nie denerwuj się - powiedział, a Wade się zaśmiał.
- Cholera, naprawdę zasługujesz na miano superbohatera.
- Powiedz to JJJowi - przewrócił oczyma i Wade zrozumiał jedną rzecz.
- Przecież pracujesz dla tego dupka! - zaśmiał się. - Spidey najlepszym fotografem Spideya, zajebiście, chociaż przyczyniasz się do gówna, którym cię smarują.
- I tak jestem genialny, nie?
- Tego nie można ci odmówić - uśmiechnął się i Peter odwzajemnił uśmiech, prezentując swoje śliczne policzki i zmarszczki wokół oczu.
Wow, wow, wow, awkard boner.
- Robisz coś jeszcze poza byciem superbohaterem i robieniem sobie zdjęć? - szybko zmienił temat, spuszczając wzrok.
- Na razie zmagam się z gigantyczną erekcją. Jeśli nie chcesz mi pomóc lub patrzeć, to wiesz...
- Już wychodzę.
Chciał wstać, ale Peter schwytał jego nadgarstki w żelaznym uścisku.
- Proszę, zostań, nie... nie chcę być sam i nie chcę cię znowu targać twarzą po ziemi, a kiedy wypinasz tak tyłek, pewne instynkty szaleją.
Wade zadrżał na myśl o byciu wziętym przez Spideya z twarzą przyciśniętą do chłodnej podłogi i jedynie tyłkiem wypiętym w górze. Jednak zamiast wyskoczyć z portek, wziął drżący, "uspokajający" oddech i starał się nie okazać podniecenia.
- Też uwielbiam mój tyłek, ale wiesz, że będzie trochę niezręcznie, ale... nie, okay, okay, już nieważne. Zrobię wszystko w granicach przyzwoitości, żeby ci pomóc.
- Dziękuję, Wade.
- Na razie nie dziękuj. Wracam na kocyk - dodał. Ostatni raz ścisnął dłoń Petera w swojej i tak jak powiedział, wstał i położył się z powrotem na brzuchu na kocu. Od razu zajął się też swoim telefonem i porzuconą grą, żeby dalej bić rekordy.
Jeszcze chwilę temu Peter bezceremonialnie przyciągnął go twarzą po całym pokoju, a teraz brzmiał tak niewinnie i słodko. Wade powstrzymał gardłowy jęk.
- Tak, sweetums?
- Nie mogę wytrzymać bez ciebie obok. Zostaniesz ze mną?
Westchnął, jakie głupie pytanie.
- Nie chcę grać ofiary, to nie pasuje do mojego image'u silnego, bezwzględnego superbohatera in progress, ale Petey, czy mam inny wybór? Szczególnie z tą pajęczyną przy tyłku? Mógłbyś coś z nią zrobić?
- Podoba mi się tam, gdzie jest - stwierdził Peter, po czym dodał, - i tak nie mógłbym jej od ciebie odczepić, przynajmniej nie w najbliższym czasie, chociaż... - jego oczy zabłysnęły wesoło, a Deadpoola rozszerzyły. Wiedział, co miał na myśli.
- Zostawimy to na kiedy indziej, co nie? - Usiadł szybko na łóżku obok kolan Petera, który uśmiechnął się uroczo i wziął jego dłonie w swoje, lekko je ściskając.
Siedzieli tak chwilę w ciszy, prawie całkowitej. Wade zastanawiał się nad tym, co powinien robić i starał się zachować wszystko dla siebie, bo głupio było mu planować przy Peterze, ale nie potrafił zupełnie zapanować nad swoim językiem. Dzieciak go cholernie podniecał i był jego idolem, a szczerze, kto nie myślał o seksie ze swoim idolem? Szczególnie, kiedy raz już do takiego doszło i było możliwe, wizja była nawet bardziej pociągająca i napastliwa. Życzył tego wszystkim fankom, chociaż sam nie wiedział, czy dobrze czuł się w tej roli. Chciał być w miarę rozsądnym bohaterem, do cholery! Nie, błąd! Po prostu nie chciał się kierować kutasem, brak rozsądku był super.
Z rozważań wyrwały go długie i kościste palce Parkera, zaciskając się wokół jego.
- Nie denerwuj się - powiedział, a Wade się zaśmiał.
- Cholera, naprawdę zasługujesz na miano superbohatera.
- Powiedz to JJJowi - przewrócił oczyma i Wade zrozumiał jedną rzecz.
- Przecież pracujesz dla tego dupka! - zaśmiał się. - Spidey najlepszym fotografem Spideya, zajebiście, chociaż przyczyniasz się do gówna, którym cię smarują.
- I tak jestem genialny, nie?
- Tego nie można ci odmówić - uśmiechnął się i Peter odwzajemnił uśmiech, prezentując swoje śliczne policzki i zmarszczki wokół oczu.
Wow, wow, wow, awkard boner.
- Robisz coś jeszcze poza byciem superbohaterem i robieniem sobie zdjęć? - szybko zmienił temat, spuszczając wzrok.
- Na razie zmagam się z gigantyczną erekcją. Jeśli nie chcesz mi pomóc lub patrzeć, to wiesz...
- Już wychodzę.
Chciał wstać, ale Peter schwytał jego nadgarstki w żelaznym uścisku.
- Proszę, zostań, nie... nie chcę być sam i nie chcę cię znowu targać twarzą po ziemi, a kiedy wypinasz tak tyłek, pewne instynkty szaleją.
Wade zadrżał na myśl o byciu wziętym przez Spideya z twarzą przyciśniętą do chłodnej podłogi i jedynie tyłkiem wypiętym w górze. Jednak zamiast wyskoczyć z portek, wziął drżący, "uspokajający" oddech i starał się nie okazać podniecenia.
- Też uwielbiam mój tyłek, ale wiesz, że będzie trochę niezręcznie, ale... nie, okay, okay, już nieważne. Zrobię wszystko w granicach przyzwoitości, żeby ci pomóc.
- Dziękuję, Wade.
- Na razie nie dziękuj. Wracam na kocyk - dodał. Ostatni raz ścisnął dłoń Petera w swojej i tak jak powiedział, wstał i położył się z powrotem na brzuchu na kocu. Od razu zajął się też swoim telefonem i porzuconą grą, żeby dalej bić rekordy.
Pieprzone granice możliwości, ta. Chyba należy wspomnieć, że Wade w ogóle nie znał swoich granic, a ze społecznymi często miał problemy. Teraz siedział skulony przy łóżku z prawą ręką wyciągniętą nad pościelą, chowając twarz w metalowej ramie. Prośba Petera brzmiała w końcu tak niewinnie, nie spodziewałby się, że skazał się na krótką wizytę w piekle. Może gdyby nie te cichutkie dźwięki, który wybrzuszałyby jego kostium na kroczu, wytrzymałby. Takich jęków, szelestu pościeli nie dało się zignorować i po prostu nie chciało. Był chorym zbokiem, doszedł do tego wniosku chowając teraz twarz w kocu.
A zaczęło się bardzo niewinnie: grał, kiedy nagle Peter wydał z siebie sfrustrowane warknięcie i wyraził tę niewinną prośbę:
A zaczęło się bardzo niewinnie: grał, kiedy nagle Peter wydał z siebie sfrustrowane warknięcie i wyraził tę niewinną prośbę:
- Wade, możesz mi pomóc? W granicach swoich możliwości?
Wade, jeszcze leżący na kocu, był pozytywnie zdziwiony tym, że chłopak pamiętał ich rozmowę sprzed pięć minut; narkotyk naprawdę musiał zanikać powoli z jego ciała. Odchrząknął, zanim odpowiedział:
Wade, jeszcze leżący na kocu, był pozytywnie zdziwiony tym, że chłopak pamiętał ich rozmowę sprzed pięć minut; narkotyk naprawdę musiał zanikać powoli z jego ciała. Odchrząknął, zanim odpowiedział:
- A czego potrzebujesz, Petey?
- Użyczysz mi swojej ręki?
- Co? Mam ci obciągnąć? - spytał oschle, bardziej oschle niż zamierzał.
- Nie - speszył się, ale tylko na chwilę: - to znaczy jasne, jeśli chcesz to jasne, ale myślałem o czymś innym.
- To o czym myślałeś?
- Mógłbym potrzymać twoją dłoń?
Gdyby już nie był cholernie podniecony, pewnie westchnąłby przeciągle z dużą dozą dziewczeństwa, ale teraz zabluźnił cichutko. Peterowi odpowiedział pewnie i głośno:
- Jasne.
- W-wade...
Zacisnął oczy. Wpakował się w bezpowrotną drogę do piekła, to nie była tylko wizyta.
- Wade - Peter jęknął ponownie, tym razem wyraźniej, - czy mogę zdjąć ci rękawiczkę?
Wade go słyszał, ale nie słuchał. Bezmyślnie odmruknął w odpowiedzi i dopiero, kiedy poczuł gorąc na swoim zniszczonych knykciach zrozumiał, na co się zgodził. Sapnął ze zdziwieniem, chcąc wyrwać rękę, ale Peter miał naprawdę silny uścisk. Jego palce dotykały gładkiego policzka Petera, jego ślicznych ust i w końcu ich ciepłego wnętrza.
- Cholera, Petey-pie - sapnął, unosząc głowę i wzrok.
Oficjalnie był skończony i jeśli wcześniej miał możliwość ucieczki od metaforycznej pajęczyny Petera, teraz był w nią schwytany. Szczególnie, kiedy to niesamowite ssanie i ciepło ustało, a obie dłonie superbohatera znalazły się przy jego gardle, unosząc jego maskę po nos. Kiedy Peter przekręcił się płynnie, żeby pocałować go w usta, wszelkie wątpliwości Wade'a rozwiały się. Pogłębił pocałunek, wsuwając nagie palce w gęste włosy na potylicy Petera, którego dłonie ponownie wróciły pod kołdrę. Kiedy zaczęło im brakować tchu, Wade zsunął się ustami na szyję i obojczyki chłopaka wystające spod szpitalnej koszuli, a palcami bawił się gęstymi włosami. Na ustach Petera widniał uśmiech chwilę zanim doszedł, a kiedy otworzył oczy po orgazmie, skierował swój rozkojarzony wzrok od razu na usta Wade'a, które ponownie zaczął całować.
- Chodź tu - szepnął, wciągając na siebie najemnika brudnymi od spermy palcami. Ten potulnie go usłuchał i usadowił się nad nim na czworaka, uważając na wszelkie szpitalne kable. - Mam nadzieję, że teraz już mi nie odmówisz - uśmiechnął się do niego promiennie i bezwstydnie ujął duże wybrzuszenie w czerwonym kostiumie, na co Wade syknął.
- Nie miałem cię wcześniej za tak bezpośredniego, wiesz?
- Walczę o wszystko, na czym mi zależy, Wade - przyznał Peter, patrząc mu prosto w oczy,
Serce Wade'a ścisnęło się boleśnie, ale zanim mógł cokolwiek zrobić, Peter zręcznie rozpiął rozporek czerwonego kostiumu, nie odrywając od niego wzroku. Wade czuł się nagi i odkryty.
- Kurwa, Peter - jęknął, pochylając głowę, żeby nie patrzeć na tę niewinną buzię. Nie potrafił utrzymać z nim tak intymnego kontaktu wzrokowego. Czuł się, jakby zajmował obecnie czyjeś miejsce, miejsce, na które nie zasłużył i nigdy nie było przeznaczone na niego. Co prawda było cholernie miło i przyjemnie, ale te doznania nie powinny należeć do niego.
Jednak zanim poczucie winy i żal mogły przyćmić jego chwilową radość, Peter złapał jego kutasa w dłoń i wspólnie jęknęli, na co Wade zachichotał przez zaciśnięte zęby.
- Nie przesadzasz, mały? Cieszę się, że tak bardzo lubisz, co robisz, och, nawet nie wiesz jak. To idealne, że cieszymy się tak samo... - zaczął mamrotać, oddychając coraz ciężej, dopóki Peter nie przyciągnął jego głowy do siebie i nie zaczął całować.
- Cieszę się bardziej niż myślisz - wyszeptał między pocałunkami. - A teraz przesuń się trochę bliżej.
Poklepał go po pośladku dłonią, którą dotychczas zaciskał na jego karku i obniżył się trochę na łóżku. Wade rozwarł zaskoczony usta i patrzył z zachwytem na superbohatera.
- No, Wade - ponaglił go Peter, tym razem zaciskając palce na umięśnionym pośladku. Tyle wystarczyło. Warcząc głęboko w gardle, przesunął się do przodu. Klęczał teraz nad Peterem, zaciskając dłonie na metalowym zagłowiu łóżka i mógł spokojnie podziwiać, jak jego uroczy pajączek wsuwał go sobie do ust. Zabluźnił dosadnie, odchylając głowę do tyłu. Nie wierzył, nie wierzył w to, co się działo i nie miał pojęcia, czy mówił to na głos albo było to po nim widać, ale Peter gładził go tak czule po bokach, jakby chciał go ukoić.
Starał się utrzymać w bezruchu, było to cholernie trudne, ale domyślał się, że branie do ust w takiej pozycji jest wystarczająco niewygodne. Cholera, nikt nie chciałby pić w takiej pozycji, co dopiero obciągać, Dlatego spodziewał się, że zmienią pozycję na jakąś bardziej klasyczną, ale Peter lubił go zaskakiwać. Wade bardzo chciał się do tego przyzwyczaić.
Peter zacisnął swoje długie palce na jego umięśnionych pośladkach i wypuścił go powoli z ust. Wade nie mógł się powstrzymać od pochłaniania widoku swojego kutasa ocierającego się o brodę bohatera,
- Chodź trochę wyżej - powiedział Peter ochrypłym głosem i pociągnął go za tyłek jeszcze bliżej góry łóżka, jeszcze bardziej nad siebie,
- Cholera, Petey, nie wiem, czy to dobry pomysł. To znaczy kurewsko mi się podoba, wyglądasz świetnie, ale znienawidziłbym się, gdybyś się zakrztusił albo zemdlał, albo...
- Wade, nie masz powodu do zmartwień, okay? - Przesunął łagodnie dłoń z pośladka, przez silne udo, aż do krocza, gdzie zacisnął wokół trzonu palce, - To słodkie, że się tak martwisz, ale jest tyle powodów, dla których takie obciąganie jest świetne i bezpieczne - mówił powoli, sunąc pięścią po trzonie nad swoją twarzą. - Pochyl się jeszcze bardziej do przodu i będzie świetnie. Daj się sobą zaopiekować.
Wade zadrżał i usłuchał. Po chwili jego kutas zniknął za wargami Petera.
Wade zanotował sobie w głowie, że powinien częściej słuchać swojego chłopca, bo podporządkowywanie się mu było cholernie przyjemne i obiecujące, nawet jeśli miało być chwilowe. Nawet w tym momencie nie miało trwać długo, bo Wade czuł bezlitośnie nadchodzący orgazm, chociaż starał się i to jak go przeciągnąć w czasie. Miał nadzieję, że będzie miał w przyszłości jeszcze wiele okazji na takie daremne próby.
Chciał się trzepnąć w tył głowy za takie absurdalne marzenia, ale nie zdążył. Palce Petera wsunęły się między jego pośladki, koniuszkiem jednego palca naciskając na dziurkę Wade'a. Zburzyło to jego skupienie, więc z ust wyrwał mu się podłóżny, płaczliwy jęk, którego nie powstydziłaby się żadna gwiazda porno. Kurwa, w niektórych miejscach Wade był po prostu wrażliwszy. Peterowi jęk musiał przypaść do gustu, bo zassał się łapczywie na całej długości mężczyzny.
- Pierdolona mać, nie zakrztuś się - poradził Peterowi spomiędzy zaciśniętych warg i dochodził.
Przez chwilę miał zamknięte oczy, ale tylko skończony debil nie obserwowałby seksownego i niepokojąco dobrego w obciąganiu Petera. Więc podziwiał z rozwartymi ustami widok chłopaka, aż w końcu jego pośladki zostały wypuszczone ze śmiertelnego uścisku, a on sam mógł zacząć się wysuwać z przyjaznego lokum... Serio, jego kutas mógłby w tych pięknych ustach zamieszkać na stałe.
Cichutko do siebie cmokając, wsunął palce w gęste włosy Petera i wysunął się całkowicie z jego ust. Jego wargi lśniły tak ślicznie i były zarumienione, zapraszając go bezsłownie do pocałunku, który Wade bezwstydnie sam skradł. Tak się cieszył, kiedy Peter odpowiedział równie entuzjastycznie, oplatając jego szyję ramionami,
Jednak orgazmy są męczące i po krótkiej chwili oboje już leżeli na łożku na bokach, wymieniając coraz bardziej leniwe pocałunki, aż Wade złożył ostatni krótki pocałunek między brwiami chłopaka. Przyciągnął go wtedy bliżej do siebie, oplatając go silnym ramieniem. Widział, jak Peterowi kleiły się powieki, ale nie mógł się powstrzymać:
- Cholernie się cieszę, że mnie nie pożarłeś - prychnął rozczulony, odgarniając mu włosy ze spoconego czoła.
Peter spojrzał na niego zdziwiony, po czym zaczął chichotać. Tak uroczo, że Wade nie mógł oderwać od niego wzroku, aż jemu samemu się udzieliło. Ich chichoty ucichły dopiero, kiedy Peter przekręcił się na niego i pocałował go niewinnie w usta, ciasno do niego przylegając ciałem. Było idealnie, tylko ich uśmiechy przeszkadzały im w kolejnych pocałunkach, co wywoływało kolejne parsknięcia śmiechu w ich sali.
Kiedy Peter nie pamiętał, kiedy ostatnio czuł taki wewnętrzny spokój, Wade nie pamiętał, kiedy ostatni raz był tak cholernie szczęśliwy.
rozdział 1
Niesamowita
Dżumaka
5 komentarzy:
Etykiety:
Fanfik,
Marvel,
Spideypool
środa, 14 września 2016
Zakazane 16
Przez tamten tydzień uprawiali seks co noc. Rozwożeniu pizzy było daleko do bycia interesującym i dni Bro zazwyczaj mijały w nudzie. A teraz, od kiedy zaczęło się to wszystko, te dni ciągnęły się w nieskończoność. Wskazówki zegara odmawiały ruchu, kiedy Bro niecierpliwie czekał na powrót do domu. Każdego dnia był rozpalony i cholernie podniecony, a to, że Dave sam tego chciał, wcale nie pomagało.
Dni przeszły w zajebistą, słodką rutynę złożoną z pracy, prysznica, obiadu, telewizji i seksu. Tam, gdzie kończyła się telewizja i zaczynał seks, stała niejasna granica. Oglądając telewizję, Dave leżał w ramionach Bro z plecami przylegającymi do jego piersi. Bro przegapiał wtedy coraz więcej i więcej okazji na wtrącenie uszypliwej uwagi dotyczącej jakiegoś programu. Jego uwaga coraz bardziej skupiała się na głaskaniu włosów Dave'a, wsuwaniu w nie ust, kiedy składał pocałunki na czubku jego głowy. W końcu jego dłonie zsuwały się niżej, a jego usta odnajdowały nagą skórę, a telewizor zostawał zignorowany. Wtedy nie liczyło się już nic, tylko niesamowity i zakazany seks, dopóki nie zasypiali w czyimś łóżku.
Rutyna stała się tak rozkoszna, że jej przerwanie poirytowało Bro. Któregoś dnia wrócił do domu i zobaczył dwa plecaki porzucone pod drzwiami wejściowymi i już wiedział, że Dave kogoś zaprosił. Wtedy usłyszał najbardziej dziewczęcy i przesłodki chichot, a po chwili najbardziej głupkowate do wyobrażenia prychnięcie i oddech uwiązł Bro w gardle.
Po raz pierwszy od może pół roku John Egbert był u nich w domu. W pokoju Dave'a, za zamkniętymi drzwiami i w dodatku chichocząc - Bro poczuł falę zazdrości, a tuż za nią totalne zdziwienie swoim zachowaniem.
Co do kurwy? Jesteś zazdrosny, Bro?
Poszedł prosto do drzwi Dave'a i gwałtownie je otworzył. Obaj oglądali jakiś webcomic na komputerze. Dave rozpierał się wygodnie w swoim obrotowym krześle, był zupełnie zrelaksowany, miał zgarbione plecy i ramiona ułożone wzdłuż ciała. John leżał na łóżku na brzuchu, tuląc pod brodą poduszkę i machając ubranymi w skarpetki stopami w przód i tył. Bro od razu pomyślał, że to było cholernie niemożliwe, żeby dzieciak nie był homo. Wtedy obaj na niego spojrzeli.
Mina Dave'a była perfekcyjnie nieczytelna. Oczy Johna powiększyły się, kiedy gapił się na Bro, a wtedy jego usta rozwarły się lekko, a twarz zrobiła czerwona, czerwona jak burak. Poziom czerwieni na jego twarzy byłby komiczny, gdyby Bro nie był kompletnie zajęty ogarnianiem, co tak właściwie się tam działo.
- Hhhh... hej, Bro - wyjąkał John i mimo że John od zawsze był przy nim trochę nerwowy. zdecydowanie przesadzał. Bro uniósł brew i obrócił się do Dave'a.
- Co mu powiedziałeś? - oskarżył go. Dave wzruszył ramionami zupełnie zrelaksowany.
- Wszystko.
Gapili się na siebie, a w Bro narastała wściekłość wraz z tym śmiesznym uczuciem zdrady. Nie było żadnego piekielnego powodu, żeby się tak czuć, szczególnie, że przewidział to już dawno. Ale no cóż, oczekiwał, że zostanie ostrzeżony, przynajmniej tak sądził. Albo nawet spytany kiedy... albo czy w ogóle powiedzieć Johnowi o wszystkim, co się między nimi działo.
Czekaj, wszystko?
- Bro, możesz przestać wariować - powiedział Dave, a John obdarzył go skonsternowanym spojrzeniem, bo Bro wcale nie wariował. Nie poruszył żadnym mięśniem. Nie poruszył żadną częścią twarzy.
- Uh, um... Dave, czy masz przeze mnie kłopoty? - wyjąkał John. Wtedy odwrócił się z powrotem do Bro, zachowując się tak nerwowo, jakby Bro przyłapał ich na całowaniu się. Zaczął bełkotać.
- Bro, um, przysiegam, mam na myśli, Dave kazał mi obiecać raz po raz i jeszcze raz na moje całe życie i na prochy Nanny, że nigdy, ale to nigdy, nigdy nikomu nie powiem, nawet Rose, która już coś wie, ale chodzi mi o to, że Dave po prostu mi to powiedział, bo jesteśmy najlepszymi braćmi. To znaczy, no, ty jesteś jego bratem, ale um, uh, my jesteśmy jakby bardziej regularnymi, platonicznymi braćmi takimi jakimi zazwyczaj są ludzie...
- Egbert, zamknij się - powiedział Bro, a klepiąca jadaczka Johna w końcu się zatrzasnęła.
Bro zwrócił się do Dave'a z lodowatym, wściekłym spojrzeniem.
- Kiedy wyjdzie - powiedział, starając się ukryć złość i nawalając, - będę czekał na dachu.
Nie dając szansy Dave'owi na odpowiedź, obrócił się i wyszedł, kierując się do łazienki, żeby wziąć prysznic, zmyć z siebie tłuszcz z pizzy, chociaż wiedział, że później jeszcze się spoci, bo czekała go naprawdę intensywna walka na miecze. Był w chuj wkurwiony.
Kiedy gorąca woda uderzała o jego głowę i ściekała wzdłuż pleców, rozluźniając mięśnie, Bro starał się przemyśleć sytuację na spokojnie. Ale nie potrafił. Nie potrafił skupić się wystaczająco długo nawet na jednej myśli.
Gapili się na siebie, a w Bro narastała wściekłość wraz z tym śmiesznym uczuciem zdrady. Nie było żadnego piekielnego powodu, żeby się tak czuć, szczególnie, że przewidział to już dawno. Ale no cóż, oczekiwał, że zostanie ostrzeżony, przynajmniej tak sądził. Albo nawet spytany kiedy... albo czy w ogóle powiedzieć Johnowi o wszystkim, co się między nimi działo.
Czekaj, wszystko?
- Bro, możesz przestać wariować - powiedział Dave, a John obdarzył go skonsternowanym spojrzeniem, bo Bro wcale nie wariował. Nie poruszył żadnym mięśniem. Nie poruszył żadną częścią twarzy.
- Uh, um... Dave, czy masz przeze mnie kłopoty? - wyjąkał John. Wtedy odwrócił się z powrotem do Bro, zachowując się tak nerwowo, jakby Bro przyłapał ich na całowaniu się. Zaczął bełkotać.
- Bro, um, przysiegam, mam na myśli, Dave kazał mi obiecać raz po raz i jeszcze raz na moje całe życie i na prochy Nanny, że nigdy, ale to nigdy, nigdy nikomu nie powiem, nawet Rose, która już coś wie, ale chodzi mi o to, że Dave po prostu mi to powiedział, bo jesteśmy najlepszymi braćmi. To znaczy, no, ty jesteś jego bratem, ale um, uh, my jesteśmy jakby bardziej regularnymi, platonicznymi braćmi takimi jakimi zazwyczaj są ludzie...
- Egbert, zamknij się - powiedział Bro, a klepiąca jadaczka Johna w końcu się zatrzasnęła.
Bro zwrócił się do Dave'a z lodowatym, wściekłym spojrzeniem.
- Kiedy wyjdzie - powiedział, starając się ukryć złość i nawalając, - będę czekał na dachu.
Nie dając szansy Dave'owi na odpowiedź, obrócił się i wyszedł, kierując się do łazienki, żeby wziąć prysznic, zmyć z siebie tłuszcz z pizzy, chociaż wiedział, że później jeszcze się spoci, bo czekała go naprawdę intensywna walka na miecze. Był w chuj wkurwiony.
Kiedy gorąca woda uderzała o jego głowę i ściekała wzdłuż pleców, rozluźniając mięśnie, Bro starał się przemyśleć sytuację na spokojnie. Ale nie potrafił. Nie potrafił skupić się wystaczająco długo nawet na jednej myśli.
Kurewska konsternacja była kompletnym niedopowiedzeniem wobec tej sytuacji. Czuł się potwornie zdradzony i to z tak miałkiego powodu. Wiedział, że mogli zaufać Johnowi. Czuł się jednak potwornie zazdrosny, też z miałkiego powodu; nawet jeśli John był gejem, teraz tego nie przyznawał, więc nie było to ważne... poza tym Dave siedział po drugiej stronie pokoju. Jednak czuł potworną złość, strach i poczucie winy za czucie takich rzeczy. Czuł się samolubny... bo co jeśli John odwzajemniłby uczucia Dave'a? Czy Dave nie wykorzystałby szansy bycia z nim, bo był w popieprzonym związku z Bro? Czy Bro ukradłby Dave'owi szansę na normalne życie od tak? Gdyby Bro naprawdę martwił się o Dave'a, czy nie powinien chcieć, żeby Dave był z Johnem, co byłoby o wiele dla niego zdrowsze?
Wszystkie te myśli biegły wspólnie w mieszance gównianych uczuć, które, Bro wiedział, były kompletną przesadą. Przecież wcale nie miał naprawdę stracić Dave'a. Mimo wszystko byli pieprzoną rodziną. Wszystko, co by stracił to niesamowity seks; ale wciąż byliby braćmi. Naprawdę, nie zmieniłoby się za dużo. Bro po prostu wróciłby do swojego starego życia, pieprzyłby się w innych miejscach, wszystko wróciłoby do normy, nic wielkiego.
Poza tym, że było to wielkie, kurewskie kłamstwo i był tego świadomy. Było bardzo prawdopodobne, że wśród gorących kropelek spływajacych po jego twarzy znalazlo się kilka łez. Ale nikt nie wiedziałby na pewno, czy to prawda. Nawet on sam.
Niesamowita
Dżumaka
3 komentarze:
Etykiety:
Fanfik,
Homestuck,
Stridercest,
tłumaczenie
czwartek, 28 lipca 2016
Zakazane 15
Później bity wypływały spod palców Bro bez żadnych problemów. Nie mógł przestać wewnętrznie śmiać się z ironii ich sytuacji; z jakiegoś powodu wiedząc o nienawiści, którą darzyła go Rose, nienawidził się mniej. Więc kiedy po kilku godzinach jego muzyka nagle ucichła i otworzył oczy, nie był w ogóle poirytowany, kiedy zobaczył przed sobą Dave'a.
Zdjął słuchawki i położył je obok. Ku swojemu irytującemu zawstydzeniu, złapał się na uśmieszku niebezpiecznie bliskim uśmiechowi. Bro spędził lata ucząc się ukrywać strach, złość, frustrację, niepewność, irytację, smutek et cetera, et cetera. Jednak uśmiech był dla niego taką rzadkością, że prawie nie umiał się przed nim bronić. Albo po prostu nie umiał się bronić przed Dave'em. Dave i tak potrafił go odczytać, to było bezcelowe.
Dave odpowiedział mu takim samym pół uśmieszkiem.
- Wyszła - powiedział.
Zanim któryś miał szansę cokolwiek pomyśleć, Bro już był przed nim, przyciągając go do siebie ciasno i miażdżąc ich wargi. Dave sięgnął rękoma, żeby także trzymać Bro; taka nowość. Serce Bro łomotało jak szalone w jego piersi; czuł niesamowicie dziwne rzeczy i nie wiedział, jak je nazwać. Jedynie wiedział, że była to rzecz, której nigdy wcześniej nie czuł, polubił ją i chciał więcej.
Pochylił się, żeby całować szyję Dave'a, który uniósł brodę. Dave jęknął cicho, a prawa dłoń Bro sunęła przez jego włosy, gdy lewa biegła w dół, żeby zacisnąć się na jego tyłku.
- Bro, o Boże... nie mogę trzymać się od ciebie z daleka.
Bro zaśmiał się, parskając, żarliwie całując Dave'a wzdłuż gardła, ale ostrożnie, żeby nie zostawić żadnych śladów.
- Myślisz, że to tylko twój problem? - powiedział, zdziwiony szczerością w swoim głosie. W swoim pożądaniu zapomniał otoczyć swoją wypowiedź warstwą ironii czy nawet sarkazmu. I byłby na siebie zły za bycie takim niefajnym, gdyby w tym momencie Dave nie zsunął dłoni w dół i potarł jego erekcję przez jeansy. Bro zapomniał na chwilę o myśleniu.
- Uhhh... - powiedział cicho, zrywając z siebie koszulkę, kiedy ciągnął Dave'a do swojego łóżka. Dave sam zdjął swoją koszulkę i już po kilku sekundach zaplątali się w swoich rękach, nogach i ustach, obaj trzymając się siebie, jak para długo rozdzielonych kochanków, którzy myśleli, że już nigdy nie będą mieli szansy się spotkać.
Jak kochankowie.
Umysł Bro szarpnął się na tę myśl. Nie, nie, nie było żadnej możliwości, żeby byli tym. Byli braćmi. Bro wychowywał Dave'a, praktycznie był jego ojcem, a ta sytuacja już była wystarczająco popieprzona, żeby Bro zaczął ją jeszcze bardziej pogorszać, wymyślając takie brednie jak...
- Gha... ahhhh... - jęknął, kiedy Dave zaczął nagle całować jego szyję. Było to uczucie, którego Bro nie doświadczał często, bo zawsze, ale to zawsze, to on był na górze. On zawsze miał wszystko pod kontrolą, więc to on zawsze całował, a nie był całowanym. Nie zauważył nawet tego, że był na placach, a drobne ciało Dave'a leżało na jego klatce piersiowej.
- Może malinki u mnie są problemem... ale u ciebie już nie - powiedział Dave, jego głos ochrypł od pożądania, a wtedy objął wargami szyję Bro i ssał. Bro był bezsilny, mógł tylko wydać westchnienie i owinąć Dave'a ramionami, żeby go przy sobie trzymać.
Bro zamknął oczy i pozwolił sobie czuć Dave'a: jego usta, jego język, jego dłonie zaciskające się na jego ramionach. Bro niemal nigdy nie pozwalał zostawiać na sobie śladów, bo rzadko chciał być przypominany o osobie, którą pieprzył kilka dni wcześniej. Oczywiście ludzie, którym robił malinki, nosili je jak chwalipięty. "Widzisz, to po gorących ustach Bro Stridera, ta, ciężko uwierzyć, nie?" Ale Bro prawie nigdy nie pieprzył jednej osoby ponownie - właściwie to lista osób, z którymi był dwa razy była bardzo, bardzo krótka. Może było ich z dziesięciu, myślał.
Lista ludzi, z którymi był więcej niż dwa razy była jeszcze krótsza. I gdyby skreślił z niej osoby, z którymi nie miał innego wyboru... lista byłaby pusta.
Dave zszedł pocałunkami z szyi Bro na jego klatkę piersiową. Polizał sutek Bro i skupił się na nim niepewnie, nigdy wcześniej tego nie robił. Bro nabrał drżąco powietrza i zamknął oczy, pozwalając sobie się tym napawać.
- Dave... - powiedział, a jego głos drżał bardziej niż by tego chciał. Chciał mu to powiedzieć. Chciał mu powiedzieć, że był jedyny, był jedyną osobą, z którą Bro kiedykolwiek chciał być więcej niż dwa razy. Jednak słowa umarły jeszcze zanim dotarły na koniec jego języka. Jakby mógł, do cholery, przyznać się do tego wszystkiego, a poza tym Dave nie potrzebował znosić jego biadolenia.
To, że jakaś część Bro tego chciała, speszyło go.
Dave przestał ssać jego sutek i uniósł głowę. Obaj wciąż mieli na sobie okulary i tym razem Bro chciał, żeby zostały. Był przerażony tym, że jego oczy mogły go wydać i nie chciał zaprzątać sobie tym głowy.
- Co? - spytał Dave, a na jego twarzy widoczne było zakłopotanie, bo Bro nazywał go po imieniu tylko kiedy był w tarapatach.
- Tylko sobie dziś obciągniemy, ok? Twój tyłek potrzebuje przerwy.
No nie było to wszystko, co zamierzał powiedzieć, ale to też miał na myśli.
Dave przytaknął i może wyglądał nawet na trochę uspokojonego.
- Zajebiście. I tak muszę poćwiczyć. - Wtedy usta Dave'a wróciły na swoje miejsce na piersi Bro i każdy kolejny kawałek skóry Bro mrowił pod jego ustami, przez chwilę dłońmi obejmował brzuch Bro i jego boki, zanim zawędrowały niżej, do rozporka jeansów Bro, żeby je rozpiąć.
Chociaż nikt o zdrowych zmysłach nie nazwałby Dave'a profesjonalistą, pewna poprawa była widoczna. Sprawiał, że Bro czuł się na tyle dobrze, że był w stanie zapomnieć o wszystkich nieprzyjemnnych myślach na tyle długo, żeby dojść. A wtedy z zapałem się odwdzięczył, w pełni czerpiąc radość z dźwięków, które wydawał Dave'a, kiedy oplatał wargami jego męskość, czerpiąc z tego tyle przyjemności jak przy wcześniejszej zamianie ról. Kiedy Dave doszedł, Bro złapał się na połykaniu każdej, pysznej kropelki, a wtedy czyszczeniu go do czysta, dopóki Dave nie zaczął błagać go o to, żeby przestał.
Mimo że skończyli raczej szybko, Bro był kompletnie wykończony. Ledwo mógł się skupić na tyle, żeby sięgnąć dłonią do budzika i nastawić go wystarczająco wcześnie, żeby Dave zdążył do szkoły. A wtedy zasnęli razem, nadzy w łóżku Bro zaplątani w swoich ramionach. Bro czuł się przerażająco dobrze. I nienawidził się za to wystarczająco mocno.
Zdjął słuchawki i położył je obok. Ku swojemu irytującemu zawstydzeniu, złapał się na uśmieszku niebezpiecznie bliskim uśmiechowi. Bro spędził lata ucząc się ukrywać strach, złość, frustrację, niepewność, irytację, smutek et cetera, et cetera. Jednak uśmiech był dla niego taką rzadkością, że prawie nie umiał się przed nim bronić. Albo po prostu nie umiał się bronić przed Dave'em. Dave i tak potrafił go odczytać, to było bezcelowe.
Dave odpowiedział mu takim samym pół uśmieszkiem.
- Wyszła - powiedział.
Zanim któryś miał szansę cokolwiek pomyśleć, Bro już był przed nim, przyciągając go do siebie ciasno i miażdżąc ich wargi. Dave sięgnął rękoma, żeby także trzymać Bro; taka nowość. Serce Bro łomotało jak szalone w jego piersi; czuł niesamowicie dziwne rzeczy i nie wiedział, jak je nazwać. Jedynie wiedział, że była to rzecz, której nigdy wcześniej nie czuł, polubił ją i chciał więcej.
Pochylił się, żeby całować szyję Dave'a, który uniósł brodę. Dave jęknął cicho, a prawa dłoń Bro sunęła przez jego włosy, gdy lewa biegła w dół, żeby zacisnąć się na jego tyłku.
- Bro, o Boże... nie mogę trzymać się od ciebie z daleka.
Bro zaśmiał się, parskając, żarliwie całując Dave'a wzdłuż gardła, ale ostrożnie, żeby nie zostawić żadnych śladów.
- Myślisz, że to tylko twój problem? - powiedział, zdziwiony szczerością w swoim głosie. W swoim pożądaniu zapomniał otoczyć swoją wypowiedź warstwą ironii czy nawet sarkazmu. I byłby na siebie zły za bycie takim niefajnym, gdyby w tym momencie Dave nie zsunął dłoni w dół i potarł jego erekcję przez jeansy. Bro zapomniał na chwilę o myśleniu.
- Uhhh... - powiedział cicho, zrywając z siebie koszulkę, kiedy ciągnął Dave'a do swojego łóżka. Dave sam zdjął swoją koszulkę i już po kilku sekundach zaplątali się w swoich rękach, nogach i ustach, obaj trzymając się siebie, jak para długo rozdzielonych kochanków, którzy myśleli, że już nigdy nie będą mieli szansy się spotkać.
Jak kochankowie.
Umysł Bro szarpnął się na tę myśl. Nie, nie, nie było żadnej możliwości, żeby byli tym. Byli braćmi. Bro wychowywał Dave'a, praktycznie był jego ojcem, a ta sytuacja już była wystarczająco popieprzona, żeby Bro zaczął ją jeszcze bardziej pogorszać, wymyślając takie brednie jak...
- Gha... ahhhh... - jęknął, kiedy Dave zaczął nagle całować jego szyję. Było to uczucie, którego Bro nie doświadczał często, bo zawsze, ale to zawsze, to on był na górze. On zawsze miał wszystko pod kontrolą, więc to on zawsze całował, a nie był całowanym. Nie zauważył nawet tego, że był na placach, a drobne ciało Dave'a leżało na jego klatce piersiowej.
- Może malinki u mnie są problemem... ale u ciebie już nie - powiedział Dave, jego głos ochrypł od pożądania, a wtedy objął wargami szyję Bro i ssał. Bro był bezsilny, mógł tylko wydać westchnienie i owinąć Dave'a ramionami, żeby go przy sobie trzymać.
Bro zamknął oczy i pozwolił sobie czuć Dave'a: jego usta, jego język, jego dłonie zaciskające się na jego ramionach. Bro niemal nigdy nie pozwalał zostawiać na sobie śladów, bo rzadko chciał być przypominany o osobie, którą pieprzył kilka dni wcześniej. Oczywiście ludzie, którym robił malinki, nosili je jak chwalipięty. "Widzisz, to po gorących ustach Bro Stridera, ta, ciężko uwierzyć, nie?" Ale Bro prawie nigdy nie pieprzył jednej osoby ponownie - właściwie to lista osób, z którymi był dwa razy była bardzo, bardzo krótka. Może było ich z dziesięciu, myślał.
Lista ludzi, z którymi był więcej niż dwa razy była jeszcze krótsza. I gdyby skreślił z niej osoby, z którymi nie miał innego wyboru... lista byłaby pusta.
Dave zszedł pocałunkami z szyi Bro na jego klatkę piersiową. Polizał sutek Bro i skupił się na nim niepewnie, nigdy wcześniej tego nie robił. Bro nabrał drżąco powietrza i zamknął oczy, pozwalając sobie się tym napawać.
- Dave... - powiedział, a jego głos drżał bardziej niż by tego chciał. Chciał mu to powiedzieć. Chciał mu powiedzieć, że był jedyny, był jedyną osobą, z którą Bro kiedykolwiek chciał być więcej niż dwa razy. Jednak słowa umarły jeszcze zanim dotarły na koniec jego języka. Jakby mógł, do cholery, przyznać się do tego wszystkiego, a poza tym Dave nie potrzebował znosić jego biadolenia.
To, że jakaś część Bro tego chciała, speszyło go.
Dave przestał ssać jego sutek i uniósł głowę. Obaj wciąż mieli na sobie okulary i tym razem Bro chciał, żeby zostały. Był przerażony tym, że jego oczy mogły go wydać i nie chciał zaprzątać sobie tym głowy.
- Co? - spytał Dave, a na jego twarzy widoczne było zakłopotanie, bo Bro nazywał go po imieniu tylko kiedy był w tarapatach.
- Tylko sobie dziś obciągniemy, ok? Twój tyłek potrzebuje przerwy.
No nie było to wszystko, co zamierzał powiedzieć, ale to też miał na myśli.
Dave przytaknął i może wyglądał nawet na trochę uspokojonego.
- Zajebiście. I tak muszę poćwiczyć. - Wtedy usta Dave'a wróciły na swoje miejsce na piersi Bro i każdy kolejny kawałek skóry Bro mrowił pod jego ustami, przez chwilę dłońmi obejmował brzuch Bro i jego boki, zanim zawędrowały niżej, do rozporka jeansów Bro, żeby je rozpiąć.
Chociaż nikt o zdrowych zmysłach nie nazwałby Dave'a profesjonalistą, pewna poprawa była widoczna. Sprawiał, że Bro czuł się na tyle dobrze, że był w stanie zapomnieć o wszystkich nieprzyjemnnych myślach na tyle długo, żeby dojść. A wtedy z zapałem się odwdzięczył, w pełni czerpiąc radość z dźwięków, które wydawał Dave'a, kiedy oplatał wargami jego męskość, czerpiąc z tego tyle przyjemności jak przy wcześniejszej zamianie ról. Kiedy Dave doszedł, Bro złapał się na połykaniu każdej, pysznej kropelki, a wtedy czyszczeniu go do czysta, dopóki Dave nie zaczął błagać go o to, żeby przestał.
Mimo że skończyli raczej szybko, Bro był kompletnie wykończony. Ledwo mógł się skupić na tyle, żeby sięgnąć dłonią do budzika i nastawić go wystarczająco wcześnie, żeby Dave zdążył do szkoły. A wtedy zasnęli razem, nadzy w łóżku Bro zaplątani w swoich ramionach. Bro czuł się przerażająco dobrze. I nienawidził się za to wystarczająco mocno.
Niesamowita
Dżumaka
5 komentarzy:
Etykiety:
Fanfik,
Homestuck,
Stridercest,
tłumaczenie
wtorek, 28 czerwca 2016
Zakazane 14
Tak, jak prosiłaś :D
Bro spędził poniedziałek myśląc jedynie o pracy. Wzięcie zamówienia, wykonanie zamówienia, dostarczenie zamówienia, to wszystko na czym się koncentrował, bo nie mógł znieść tego, gdzie wędrowały jego myśli, gdy skupił się na czymkolwiek innym.
W pełni oczekiwał widoku policyjnego auta pod jego blokiem, kiedy wróci do domu. Wiedział, że Dave mógł wcisnąć genialne kłamstwo o chodzeniu z kimś, ale nie znał tak dobrze Rose. Nagle zaczął żałować, że nie zwracał większej uwagi na przyjaciół Dave'a, bo jedynym, którego naprawdę znał, był John. John, który nie był u nich w ciągu kilku ostatnich miesięcy.
Bro znowu zaczął myśleć o pizzy.
Kiedy wrócił do domu, zamknął za sobą delikatnie drzwi, oparł się o nie i wziął kilka uspokajających oddechów. Musiał się uspokoić. Przesadzał; Dave tak twierdził. Na przekór temu, co poprzedniego dnia powiedział to, czego chciał Dave miało znaczenie. Nie zamierzał go wydać, zamierzał mu pomóc w ukrywaniu tego. Wspólnie mieli kłamać jak profesjonalni aktorzy, którymi obaj byli i nikt nie miałby pieprzonego pojęcia. Z drużyną Stider Incest w pełni mocy kłamstwa trzeba było się liczyć.
Pomimo to chore, mdlące uczucie we wnętrzu Bro nie zmalało, ale powoli się do niego przyzwyczajał.
Bro uświadomił sobie, że słyszał głosy dochodzące z pokoju dzieciaka.
Perfekcyjnie bezgłośnie zakradł się pod jego drzwi, żeby go podsłuchać.
- No Kanaya mnie dręczy, ale jej powiedziałam, że to twój sekret i nie mam prawa go zdradzać. Uszanuje to - powiedział dziewczęcy głos. Bro ledwo go rozpoznał, dziewczyna zmieniła się bardzo od ostatniej wizyty w ich domu. Jeszcze wczoraj wszyscy byli tylko dzieciakami, a teraz... no cóż.
- Fajnie. Bo nigdy nie widziałem, żeby Bro się tak rzucał. Nie, to znaczy jest spokojny jak nigdy, ale widzę, że wewnętrznie się rzuca.
Bro usłyszał trzeszczenie łóżka Dave'a.
- Ej, żadnych lasek w łóżku, spadaj.
Prychnęła.
- Och, nie, jestem teraz twoją dziewczyną, co daje mi pewne przywileje, jak na przykład leżenie gdziekolwiek pragnę na naszej niesamowicie romantycznej randce w twoim pokoju, Stider.
- Naprawdę chciałbym cię teraz walnąć.
Zaśmiała się w sarkastycznym, protekcjonalnym tonie. Bro uśmiechnął się. Lubił tę dziewczynę.
- Uważaj, jeszcze się odgryzę - odparła.
- O niebiosa, uchowajcie mnie przed gniewem siekaczów Rose - powiedział, udając damski głos.
Zaśmiała się ponownie, tym razem delikatniej, a wtedy na dłuższą chwilę zapadła cisza.
- Dave, chociaż nie mam absolutnie żadnych przeciwwskazań przed udziałem w tej szaradzie, nawet do końca liceum, jeśli tego pragniesz, wciąż czuję, że w moim obowiązku jako przyjaciółki jest określenie moich obaw, co do twoich... ostatnich wyborów.
- Nie pamiętam, żebym cię pytał o zdanie, Lalonde.
- Nie pytałeś. Ale mimo to jesteś do tego upoważniony. Z braku bardziej wyszukanych sposób wyrażenia tego, co staram ci się przekazać i to w słownictwie naszego ukochanego przyjaciela Karkata, to jest pojebane.
Cisza.
- Dziękuję za wytknięcie tego, och, Cesarzowo Pieprzonej Oczywistości. A już myślałem, że to całkowicie zdrowy związek; nigdy nie przyszło mi do pieprzonej głowy, że nie ma nic złego w całowaniu się z własnym bratem.
Rose westchnęła ciężko.
- Dave, po prostu staram ci powiedzieć, że są lepsze sposoby na radzenie sobie ze złością na Johna niż... to.
Teraz to Dave wydał z siebie ciężkie, poirytowane westchnienie.
- Myślisz, że już wszystko zrozumiałaś, tak? Zupełnie jak Bro. Biedny, cierpiący Dave, nie może znieść tego, jak Egbert łamie mu serduszko każdego dnia, więc odbija to sobie na najbliższym, dostępnym frajerze. Nikomu jeszcze nie przyszło do głowy, że może naprawdę obchodzi mnie mój bro.
Więcej ciszy.
- Nie insynuowałam tego, że się o niego nie martwisz. Tylko stwierdziłam prosty fakt, że powinieneś eksperymentować ze swoją homoseksualnością inaczej, bo jeśli coś wam nie wyjdzie, zrujnujecie swoją relację na zawsze.
- Dziękuję, doktorze Lalonde. Jednak poradzę sobie z moim życiem miłosnym po swojemu, dzięki.
- Masz do tego zupełne prawo. Tak jak mówiłam, plan mi pasuje i nie mam z nim problemu. Nie chcę tylko patrzeć, jak cierpisz.
Dave prychnął.
- Nie martw się to, Egbert już się tym zajął.
Więcej ciszy, tym razem rozciągała się tak długo, że nawet Bro zaczął odczuwać dyskomfort.
- Powiedziałeś mu? - spytała w końcu delikatniej i ciszej. Bro znieruchomiał za drzwiami. Kolejni ludzie mieli się o nich dowiedzieć... Egbert, który za cholerę nie potrafił dotrzymywać tajemnic...
- Już na pewno wie, że malinki nie są od ciebie.
- Więc był to twój odpowiednik "nie".
Dave westchnął.
- Powiedziałem Bro, że powiem tylko tobie.
- Co, nagle potrzebujesz jego pozwolenia?
Bro spiął się, kiedy usłyszał pogardę w jej głosie. Nienawiść do samego siebie ruszyła na niego z pełną mocną, ale wtedy:
- Niby, raczej wspólnie się zgodziliśmy z tym, że powiem tylko tobie.
Nie odezwała się ponownie, dopóki ostrożnie nie sformułowała swojej odpowiedzi.
- Zgodziliście się wspólnie.
- Ta.
Niewypowiedziany zarzut wisiał chwilę w powietrzu, a gdyby była to rozmowa między dwoma Stiderami, pozostałoby niewypowiedziane na zawsze. Ale Rose nie miała problemu ze stwierdzaniem niekomfortowych rzeczy. Właściwie wydawało się, że to lubi.
- To coś więcej niż jakieś tam całowanie, prawda?
Kurwa.
- To problem? - powiedział Dave. Zajebiście, po prostu przyznaj się do wszystkiego, dzieciaku.
- Dave, co naprawdę się dzieje?
Bro mógł im przerwać. Powinien był im przerwać. Zamiast tego desperacko starał się usłyszeć odpowiedź Dave'a na pytanie, którego Bro nigdy nie byłby w stanie zadać.
- Co? Nic. Bro i ja znaleźliśmy się na gorącej, chwilowej fali wściekłego, piekielnego brocestu, nie możemy trzymać łap przy sobie, więc pieprzy mnie pod moją kiecką bez końca.
Bro przestał oddychać.
Rose westchnęła ciężko.
- Nieważne, Dave. Któregoś dnia zaufasz mi na tyle, że zdobędziesz się na powiedzenie czegoś nieco bardziej prawdziwego, zamiast chować się za ogromnym murem przesadnej defensywy.
Nie wierzyła mu. Jasna cholera. Dave przyznał jej się do absolutnej prawdy i zrobił to z tak uważnie wykreowaną miną i tonem, że ona mu nie uwierzyła. Perfekcyjna ironia. Bro uśmiechnął się z dumą i uglą, kiedy po cichu cofnął się do wejściowych drzwi i trzasnął nimi, żeby powiadomić o swoim powrocie.
Poszedł prosto do pokoju Dave'a i otworzył drzwi bez pukania.
- Och. Masz towarzystwo - powiedział zupełnie spokojnie.
- Bro, spadaj.
Zamiast tego oparł się o framugę drzwi, nagle pragnął uparcie drażnić Dave'a. Chciał także zobaczyć reakcję Rose. W tej chwili wpatrywała się w jego kierunku oskarżycielsko, mrużąc oczy. Udawał, że tego nie zauważył.
- Za co, do cholery? Czy w końcu robisz coś, przy czym musisz mieć zamknięte drzwi?
- To mój pieprzony pokój. Wynoś się.
Bro prychnął i uniósł brew. Ostatniej nocy mówiłeś inaczej, sugerował, żeby tylko zobaczyć reakcję Rose. Zdecydowanie załapała, że działo się coś niewypowiedzianego, chociaż nie mógł powiedzieć, co dokładnie myślała.
- Więc zdaje mi się, że ty i twoja dziewczyna nie chcecie chińszczyzny - powiedział, patrząc na swój kciuk, jakby był najbardziej interesującym przedmiotem w pokoju. - Najwyżej zamówię tylko dla siebie.
- Pieprz się - powiedział Dave.
- Poproszę lo mein z kurczakiem - odpowiedziała Rose. Bro przytaknął w jej kierunku.
- Przynajmniej jest tu ktoś, kto ma jakieś pieprzone maniery - odpowiedział, a wtedy obrócił się i wyszedł, czując na plecach jej płonące spojrzenie. Był stuprocentowo świadomy tego, że razem z Dave'am zrobili przedstawienie głównie na pożytek Rose i zdecydowanie dobrze im to wyszło. Uśmiechnął się do siebie, bo jakoś spektakularnie dobrze się z tym czuł - przynajmniej w oczach gości byli jedynie braćmi z przywilejami.
To, kim byli, kiedy nie było nikogo innego wokół było czymś, czego za cholerę nie obejmował.
O wiele później, już po skończonym obiedzie Bro miksował w swoim pokoju spokojne bity, kiedy uniósł wzrok, żeby zobaczyć Rose, stojącą z założonymi na klatce piersiowej rękoma w centrum jego terytorium.
Spokojnie ściągnął słuchawki i zauważył, że nigdzie nie było Dave'a. Skupił się i usłyszał TV z salonu.
- Myśli, że poszłam przepudrować nosek - powiedziała, patrząc na niego gniewnie. - Zamierzam powiedzieć to tylko raz. Jakimikolwiek powodami się kierujesz, wiem, że nie są takie same jak Dave'a. Jest zbyt dumny, żeby ci to powiedzieć, ale wzoruje się na tobie, dużo dla niego znaczysz, a to... coś, co robisz, znaczy dla niego o wiele więcej niż dla ciebie. Więc skończ z tym, zanim zaangażuje się jeszcze bardzej i w końcu zranisz go tak, że będę musiała zbierać go do kupy. Nie boję się ciebie jak inni. Nie boję się powiedzieć ci, że jesteś kupą gówna.
Oczywiście, Bro obdarował ją swoim cenionym, beznamiętnym spojrzeniem.
- Dziękuję za twoją opinię. Będę o niej pamiętać - odpowiedział, a ona tylko potrząsnęła głową w sposób przypominający poirytowaną matkę, zrezygnowaną na wybryki jej okropnego dziecka. Obróciła się, żeby wyjść i kiedy już była przy drzwiach, otworzył usta.
- Rose.
Zatrzymała się i obróciła do niego twarzą.
- Dziękuję - powiedział.
Pogarda na jej twarzy była intensywna.
- Nie robię tego dla ciebie. Robię to dla niego. Ktoś musi się o niego prawdziwie martwić.
Wyszła, zamykając za sobą delikatnie drzwi i Bro powinien był czuć się beznadziejnie.
Ale... tak nie było. Bo wiedział, że naprawdę troszczył się o Dave'a. I to kurewsko. I Dave też cholernie się o niego troszczył.
To było więcej niż Bro Strider kiedykolwiek miał. I było to cholernie przyjemne.
Niesamowita
Dżumaka
4 komentarze:
Etykiety:
Fanfik,
Homestuck,
Stridercest,
tłumaczenie
niedziela, 26 czerwca 2016
Zakazane 13
Już po raz drugi Bro obudził się nagi w łóżku Dave'a. Już po raz drugi spojrzał na swojego śpiącego brata, wtulonego w jego ręce. I jak za ostatnim razem z samego początku, zanim jego umysł w pełni się rozbudził i miał szansę to zniszczyć, czuł się dobrze. Tym razem pozwolił uczuciu chwilę potrwać. Starał się chociaż na chwilę odgonić od siebie poczucie winy, rozkoszował się słodyczą płynącą z seksu z Dave'em.
Minęło zaledwie kilka sekund, a sumienie Bro już wrzeszczało na niego jeszcze gorzej niż wcześniej za próby cieszenia się z tego okropieństwa. Wtedy dopiero przypomniał sobie ostatnią noc i zesztywniał. Delikatnie, aby nie zbudzić Dave'a, wyślizgnął się spod niego, żeby mu się dobrze przyjrzeć.
Gdyby grunt mógł zapaść się pod wszechświatem, tak właśnie czułby się Bro. Mrożące przerażenie trzymało go w bezruchu, kiedy błądził wzrokiem po ciemnych, czerwonych śladach zębów znaczących gęsto szuję Dave'a.
Kurwa jebana mać.
Dave przekręcił się i otworzył oczy. W zaspanym stanie półsnu spojrzał na Bro z miną, która w oczywisty sposób mówiła "jestem zakochany po pieprzone uszy". Bro odzwajemnił spojrzenie bez emocji, aż mina Dave'a zniknęła i została zastąpiona normalną, kamienną maską.
- Na co się gapisz?
Zamiast odpowiadać, Bro wstał i wyszedł z pokoju kompletnie nagi. Wziął z łazienki małe lusterko, wrócił do pokoju i rzucił je w stronę Dave'a.
Najpierw podniósł je sceptycznie, ale wkrótce jego oczy rozszerzyły się, kiedy obracał głową, żeby mieć lepszy widok na potworne, czerwone ślady. Było ich przynajmniej cztery, może pięć lub sześć, jedna na drugiej. Bro z doświadczenia wiedział, że zanim się zagoją, będą wyglądać gorzej. Możliwe, że wieczorem przybiorą okropny odcień fioletu.
Dave odłożył lusterko i stłumił śmiech.
- Jasna cholera, Bro. Zrujnowałeś mi szyję.
Bro pozostał absolutnie cicho, a przez jego głowę przebiegły najgorsze scenariusze. Ale teraz nie tylko zrobił coś kompletnie upodlającego i złego, ale i zrobił coś równie głupiego. Sprawił, że nie mógł nawet ukryć tej potworności.
- Dude, powiedz coś - powiedział Dave, a jego twarzy pokazywała nutkę podenerwowania.
- Jestem tak udupiony, jeśli ktoś to zobaczy - powiedział, a jego krew zamarzła. Naprawdę dużo kosztowało go zachowanie spokoju, kiedy chciał panikować. Ale Bro Strider zawsze zachowywał spokój, w każdej sytuacji i nie zamierzał zmieniać tego przyzwyczajenia.
Obserwował Dave'a starającego się myśleć i Bro też się starał, ale nie mógł się skupić przez jego nagość. Nie był bardzo podniecony po nocy, ale czuł potrzebę gapienia się, zapamiętania wszystkiego. Wtedy zauważył malinki pokrywające brzuch i boki Dave'a, siniaki w kształcie palców na jego biodrach...
- Bro? - spytał Dave, a jego głos był niepewny jak i jego mina. - Przerażasz mnie, dude.
Nawet bez żadnego słowa czy zmarszczenia brwi, Dave nadal czytał go, jak chciał. Bro zamknął na chwilę oczy, starając się ogarnąć.
- Nie jest tak źle... - zaczął Dave.
- Nie, jest tak kurewsko źle - przerwał mu Bro, a jego ton był ostrzejszy niż tego chciał. - To, co zrobiłem jest tak złe, jest nielegalne, do cholery i nie jest to ironia albo przesada, mogą tu przyjść, aresztować mnie i wysłać cię do pieprzonej rodziny zastępczej.
Twarz Bro zbladła, kiedy opadł ciężko na fotel Dave'a. Patrzył na podłogę, ignorując to, że był nagi. Nie było to ważne.
- Okay. Wiem o tym gównie - powiedział Dave, wciąż zupełnie spokojny. Bro wstrzymał oddech. Jasne, że Dave to wiedział. Poczuł w środku delikatne trzepotanie, które rozpoznał jako wstyd, który czuł zawsze, gdy przesadnie na coś reagował. Miał za sobą lata praktyki w hamowania rumieńców, jednak nie były potrzebne, żeby Dave wszystko zauważył.
- Bro, chill. Myślisz, że zamierzam uciec i zadzwonić na Niebieską Linię? "Hej, ziomeczki, słuchajcie, mój totalnie zajebisty Bro, najgorętszy towar od czasów International House of Pancakes* wynalazł niekończący się stos naleśników i zerżnął mnie tak dobrze najlepszej nocy mojego życia, proszę, czy możecie tu przyjechać i wszystko zniszczyć?" Nikt się nie dowie.
Bro uniósł wzrok, żeby spojrzeć prosto na Dave'a, kiedy usłyszał wyznanie skryte w cytacie, hipotetycznej sytuacji, analogii i ironii. Dave sądził, że był gorący. I nawet wbrew tej koszmarnej sytuacji, Bro nie mógł powstrzymać się przed lubieniem tego, co słyszał.
- No więc kiedy ty będziesz tu sobie siedział jak pieprzona, renesansowa figura z marmuru, pójdę się odlać.
Dave ruszył, żeby ześlizgnąć się z łóżka, ale raptownie się zatrzymał. Wtedy zaczął ponownie, ale znacznie wolniej. Podniósł się powoli z prędkością typowego dziadka, chociaż nie drgnął, jęknął czy w jakikolwiek sposób wydał to, co czuł. Bro czuł zimny pot, kiedy obserwował, jak Dave nieudolnie starał się nie kroczyć śmiesznie przez pokój, dopóki nie zniknął w korytarzu.
Kurwa jebana mać.
Bro zdecydował, że już nigdy nie ruszy Dave'a pijany. Chciał obiecać sobie, że już nigdy go nie ruszy, ale z góry wiedział, że by zawalił i w tak spektakularnie sromotny sposób, że nie było nawet sensu się starać. Jednak mógł poradzić sobie z byciem trzeźwym. Bo ten szajs nie miał prawa zdarzyć się ponownie. Jasna cholera, nikt nie mógł zobaczyć Dave'a w tym stanie.
Jasna cholera, jutro był poniedziałek i Dave miał pieprzoną szkołę. Nie mógł iść. Nie było cholernej możliwości, żeby poszedł. Bro już zaczął czuć się trochę lepiej, aż przypomniał sobie, że dzieciak zawalał głupią matmę. Kolejna nieobecność na zajęciach i lądował w szkole letniej. Jasna cholera.
Dave miał zawalić siódmą klasę z powodu Bro. Był tak kurewsko samolubny. Nie tylko zawalił ostro w chronieniu Dave'a przed seksem - Bro prychnął na delikatne ujęcie sprawy - ale i nie radził sobie z zapewnieniem Dave'owi edukacji. Teraz musiał tylko zniszczyć w jakiś sposób jego stan zdrowia i już miał rekord w byciu najgorszym rodzicem wieku w kieszeni. Och, poza tym był potwornym człowiekiem.
Dave wszedł powoli do pokoju, spojrzał na łóżko, ogarnął, że nie zamierzał na nim usiąść i zadowolił się kawałkiem ściany, o który oparł plecy.
Bro nie uniósł wzroku, żeby na niego spojrzeć.
- Nie idziesz jutro do szkoły.
- Hura. Gdybym wiedział, że to wszystko, czego potrzeba, żebyś to powiedział, mogliśmy zacząć wcześniej.
Bro zmarszczył lekko brwi, żeby pokazać, jak był wkurzony, a Dave zamknął usta. To nie był pieprzony żart.
- Nie możesz iść do szkoły, dopóki nie zejdą ci malinki.
Dave wpatrywał się w niego przez moment, przygryzając dolną wargę. Widocznie chciał coś powiedzieć, ale był tym wyraźnie zawstydzony.
- Wykrztuś to z siebie.
Dave gapił się na swoje kolana.
- Nie... nie wiem, uch, ile to trwa.
Bro czuł się źle. Dave nie wiedział nawet, jak długo utrzymywały się malinki, ponieważ nigdy wcześniej takiej nie miał. To była jego pierwsza.
- Zazwyczaj znikają w może pierwszym tygodniu, ale te... wyglądają na przyszłe siniaki. Może dwa tygodnie. Może dłużej.
- Kurwa - odpowiedział Dave. Wtedy wzruszył ramionami i pochylił się do tyłu, zakładając ręce za głowę. - No cóż, jakby mnie to obchodziło.
Bro spojrzał na niego wkurzony.
- Nie możesz ominąć dwóch tygodni matmy. Już nie zdajesz.
Dave wzruszył ramionami.
- Po prostu pójdę do letniej szkoły.
Bro napiął wszystkie mięśnie, starając się powstrzymać całą złość na impertynencję Dave'a. Dave to zauważył.
- Albo wymyślimy coś innego - powiedział, opuszczając ramiona, a dopiero wtedy Bro zobaczył, że w końcu zaczął myśleć.
Dave spojrzał mu prosto w oczy.
- Bro, przesadzasz - powiedział, co było niemal ironią, bo cała rozmowa była poprowadzona bez najmniejszego uniesienia głosu lub marszczenia czoła. - Ludzie wciąż mogą mnie widzieć. Nikt nie pomyśli, że to ty.
Bro przemyślał to.
- Więc kto?
Oczy Dave'a padły na pogniecione koce na łóżku. Zagryzł dolną wargę w zamyśleniu.
- Rose - powiedział.
- Lalonde?
Dave przytaknął jeszcze raz, tym razem z pewnością.
- Ta, zrobi do. Powie, że to ona.
Bro złączył palce i oparł na nich czubek brody.
- Czemu miałaby to zrobić? - spytał. Jego głos nie był taki pewny, jaki powinien być, ale Bro poczuł nowy rodzaj mdlącego uczucia, ponieważ Dave widocznie lepiej znosił ich sytuację niż on sam. Dzieciak zachowywał się, jakby był ledwo zaniepokojony, kiedy Bro ledwo powstrzymywał się przed atakiem złości. To Dave myślał nad możliwymi rozwiązaniami, kiedy Bro siedział bezsilnie bezużyteczny.
- Ponieważ - zaczął, kiedy jego policzki zaróżowiły się lekko, jakby chciał powiedzieć coś, co wolałby przemilczeć, - jest lesbijką. A nie chce, żeby wszyscy wiedzieli, a raczej żeby nikt nie wiedział, naprawdę, ta dziewczyna, z którą kręci jest tak jakby... wstydliwa czy coś. Właściwie to ona, uch, zasugerowała już wcześniej, żebyśmy udawali parę, żeby inni przestali się nami interesować.
Bro zmrużył lekko oczy, kiedy prześledził pomysł w umyśle. Było to możliwie o wiele lepsze rozwiązanie od Dave'a siedzącego w domu przez kilka tygodni. Ale...
- Na pewno spyta, kto ci to zrobił - powiedział. Dave wzruszył ramionami.
- Ufam jej.
Bro zesztywniał. Dave uniósł wzrok wprost na niego, a ich spojrzenia spotkały się na kilka stresujących sekund.
- Ufam jej, Bro. Ufam jej jak Johnowi.. A nawet bardziej, jeśli chodzi o tajemnice, bo nie wygadałaby się przypadkiem. Jest na to za mądra.
Bro dał planowi kolejne kilka sekund. Nowe uczucie zastępowało albo tylko przyćmiewało gorycz i poczucie winy, które było jego permanentnym gościem; był to strach. Jedyny, prawdziwy strach, taki jakiego nie czuł, od kiedy był w wieku Dave'a.
- Chyba nie mamy innego pieprzonego wyboru - powiedział. Spojrzał Dave'owi prosto w oczy. - Obyś miał rację. - Boję się.
- Jasne, że mam. To w końcu ja. - Będzie dobrze.
- Okay, wydaje mi się, że możesz mieć rację raz na jakiś czas. - Ufam ci, dude.
Dave przytaknął.
- Tym razem mam.
Wtedy, kiedy już problem został rozwiązany i nie mieli nic nagłego do omówienia, rozmowa zamarła. W końcu Bro wstał i zaczął zbierać ubrania. Nie było sensu w zakładaniu ich; nie miał zamiaru się ubierać, dopóki się nie umyje; nie było do tego powodu. Kiedy sięgał do szafki nocnej Dave'a po swoje okulary, Dave obrócił głowę w jego kierunku, chociaż się na niego nie patrzył. Bro zatrzymał się i słuchał.
- Bro - powiedział, a jego głos już nie był taki pewny i zaciskał szczękę, jak zawsze zanim miał powiedzieć coś kompletnie szczerego. Bro stał w bezruchu, z nieznanego powodu niezdolny przewidzieć, co Dave miał zamiar powiedzieć.
- Bro możesz przestać czuć się jak gówno przez cały czas. Chcę tego.
Część Bro poczuła się całkiem super to słysząc, ale tylko przez kilka sekund zanim poczucie winy, a teraz nawet i strach, ją pochłonęły.
- To czego chcesz, nie ma znaczenia - odpowiedział. - Jesteś za młody, żeby wyrażać pieprzoną zgodę. To niczego nie zmienia.
Ze zdecydowaniem założył okulary i czapkę i wyszedł z pokoju, nie patrząc na Dave'a, ponieważ wiedział, że gdyby to zrobił, cała maska by pękła - ukazała wyraz kompletnego bólu zakopanego pod żalem i strachem; bólu; którego odmawiał sobie poczuć.
* sieć restauracji sprzedającej naleśniki
Niesamowita
Dżumaka
2 komentarze:
Etykiety:
Fanfik,
Homestuck,
Stridercest,
tłumaczenie
środa, 15 czerwca 2016
Zakazane 12.
Bro zupełnie zatracił się w muzyce. Kiedy oczyma śledził tańczący na parkiecie tłum, ta płynęła przez niego niesamowitymi, pięknymi rytmami, perfekcyjna i nieskazitelna, przez bit, basy i melodię. Muzyka pochłonęła go całkowicie i pozwolił na to, krocząc gdziekolwiek go zabrała, a oczywiście zabrała go do Dave'a.
Gorącego, przepysznego Dave'a. Już dłużej nie było sensu wypierać się tego, że z jakiegoś powodu Dave był najseksowniejszą istotą, jaką kiedykolwiek spotkał. Im bardziej pijany Bro był, tym więcej myślał o Dave'ie. Dobra muzyka i zajebiste bity zawsze go nakręcały i podniecały; ale tej nocy był rozpalony do czerwoności, tak bardzo, że zapomniał pod koniec nocy o byciu fajnym i spakował się w pośpiechu.
Był kompletnie niezainteresowany każdą osobą, kierującą się zalotnie do niego w poszukiwaniu wspólnie spędzonej nocy. Po raz pierwszy ludzie widzieli, jak Bro Strider opuścił lokal samotnie. Wiedział, że powstaną plotki. Wiedział, że jego reputacja zostanie zagrożona. Gówno go to obchodziło.
Wrócił do domu w rekordowym czasie, jeszcze przed 3:15, ale mimo to wciąż kompletnie pijany. Porzucił swój sprzęt w pośpiechu w salonie. Dave drzemał na kanapie, ale kiedy Bro wszedł do pokoju, usiadł szybko i zerwał się na równe nogi. Obszedł kanapę, żeby dojść do Bro, który doszedł do niego w trzech długich krokach. Usta Bro przygniotły Dave'a, kiedy brutalnie przyszpilił go plecami do ściany. Dave jęczał w jego usta.
Po minucie lub dwu usta Bro sunęły w dół szyi Dave'a, a chłopak uniósł brodę, zapewniając mu lepszy dostęp do gardła. Zupełnie uległy i chętny.
- Kurwa, skarbie, gdybym wiedział, że będziesz taak rozpalony, postarałbym się o lepszą kieckę - żartował sobie Dave.
Bro odpowiedział mu zaciskając palce na jego biodrach i ocierając się o niego swoją erekcją. Dave jęknął, przewracając oczyma do tyłu, kiedy walnął głową w ścianę.
- Jasna cholera, Bro, zerżnij mnie - powiedział.
- Zamierzam - Bro warknął przez zaciśnięte zęby. Kiedy wsuwał palce pod koszulkę Dave'a, ten sięgał swoimi do guzików jego spodni. Dwaj bracia w pośpiechu zdarli z siebie koszulki, kiedy zataczali się korytarzem do pokoju Dave'a, a Bro był zbyt pijany, by nad tym rozmyślać; zbyt pijany, żeby jego sumienie mogło zareagować.
Dave już się trząsł i sapał, kiedy Bro rzucił go na łóżko i przygniótł swoim ciałem. Polizał go w dół klatki piersiowej i possał w ustach jego sutek. Zerwał z siebie rękawiczki i prześlizgnął dłońmi po nagiej skórze Dave'a. Jedna dłoń spoczęła na biodrze, druga pocierała erekcję Dave'a przez jeansy. Dave uniósł biodra, żeby do niego ciaśniej przylgnąć.
Bro uniósł twarz, żeby spojrzeć w oczy Dave'a i nagle okulary go zirytowały. Ściągnął swoje i rzucił nimi w kierunku stolika nocnego. Kiedy odwrócił się z powrotem, Dave już zrobił to samo, pozwalając okularom spaść na podłogę. Przez chwilę obaj na siebie patrzyli, wystarczająco długo, żeby serce Bro zaczęło czuć dziwne, nieznane mu, ale przyjemne rzeczy, które był zbyt przerażony nazwać.
Bro pocałować Dave'a głęboko i namiętnie. Dave wydawał z siebie przepyszne, niskie jęki, kiedy Bro zaczął ssać skórę w połączeniu jego szyi i ramienia, zbyt pijany, by martwić się zostawianiem jakichkolwiek śladów. Dave trząsł się i drżał pod nim, a Bro mocniej ocierał ich kutasy o siebie. Ręce Dave'a oplotły jego plecy i trzymały go, jego rozczapierzone palce przyciskały się do jego pleców.
Bro odpiął pasek Dave'a, zrywając z niego jeansy i bokserki jednym, płynnym ruchem. Podniósł się i szybko zrzucił ubranie, i znów wspiął się na Dave'a, składając gorące pocałunki na jego klatce piersiowej. Położył dłonie po jego bokach, trzymając go za nie, kiedy wziął do ust jego kutasa i zaczął go ssać.
- Ohhh... tak! - krzyczał Dave, wyginając plecy, a Bro lizał go po całej długości, w tym samym czasie ssąc. Zajmował myśli tylko tym, jak pyszny Dave był, jak podniecające były jego wszystkie jęki i krzyki, jak bardzo go pragnął. Sunął dłońmi niżej i niżej, rozluźniając gardło, dopóki Dave w całości nie był zanurzony w jego ustach i on sam nie mógł oddychać. Dave piszczał i starał się szarpać, ale Bro trzymał go mocno, kiedy ssąc, wysuwał go powoli z ust.
Powtarzał to raz po raz, aż skomlenie Dave'a przeszło w krzyki. Jego młodsze dłonie zacisnęły się na czapce Bro, zrywając ją i wsuwając się w jego włosy. Dopiero wtedy Bro zauważył, że popełnił błąd i zaczął wszystko bez zabrania lubrykantu. Wkurzony na siebie, ostatni raz zassał się na Dave'ie i usiadł.
- Zaraz wrócę... - powiedział.
- Nie, nie, mam to - powiedział Dave, sięgając ręką za głowę do stolika nocnego, której szafkę otworzył. Bez problemu wyciągnął z niej lubrykant i opakowanie prezerwatyw, bo leżały na samym wierzchu, a mózg Bro starał się na chwilę zebrać do kupy.
- Wziąłeś to cholerstwo z mojego pokoju?
- Co? Kurwa, nie. Nie mogę tam przecież wchodzić.
Bro przekręcił oczyma.
- A z ciebie jest taki aniołek.
- Jestem i dobrze o tym wiesz.
Bro zaśmiał się, wyrwał Dave'owi z rąk lubrykant i zaczął rozprowadzać go między swoimi palcami.
- Kradniesz mi rzeczy z pokoju przez cały pieprzony czas. Kilka dni temu znalazłem u ciebie mój winyl.
Rozmowa nie zmniejszyła pożądania Bro. Właściwie, gadanie z Dave'em, jakby wszystko między nimi było normalne, nakręcało go nawet bardziej. Bro wsunął swoje śliskie palce za jądra Dave'a i ten odpowiedział na to uginając kolana i rozszerzając nogi. Już nie mówiąc o uległości, jego niesamowity zapał wysyłał pulsy przyjemności przez Bro, którego umysł tonął w alkoholu i pożądaniu.
Wsunął palce miedzy pośladki Dave'a, a dzieciak wciągnął ostro powietrze do płuc. Bro drażnił go przez chwilę, a Dave oddychał ciężko, zaciskając palce na kołdrze. Jego klatka piersiowa unosiła się i opadała w szybkim rytmie.
- Więc kręciłeś się wokół moich pierdół, ta? - powiedział Dave.
- Szukałem tylko tego, co moje - odpowiedział Bro, wciąż drażniąc Dave'a, powodując u niego cichutkie jęki i drżenie.
- W takim razie jesteś hipokrytą, tak sądzę. Nie dziw się, że nie mam szacunku do prywatności innych, jeśli uczę się tego gówna od ciebie. Taki z ciebie przykład.
Bro prychnął.
- Stanowię tylko potwornym wpływem na ciebie, prawda? - powiedział, wsuwając palec do wnętrza Dave'a, może trochę mocniej niż zamierzał. Głęboki jęk, który uciekł spomiędzy jego warg, był cięższy niż spodziewał się tego Bro. Zamknął oczy i słuchał głosu Dave'a, czuł jego ciepło wokół palca.
- Hell yesss... - ledwo wyszeptał Dave. - Nie przestawaj do kurwy, Bro. Proszę, kurwa, nie przestawaj.
Nie było żadnej pieprzonej możliwości, żeby Bro przestał. Wsuwał i wysuwał palec zdecydowanie szybciej niż wczoraj, bardziej niecierpliwy niż był wtedy i znacznie pewniejszy tego, że Dave to lubił. Czekał jedynie minutę lub dwie, zanim wsuwał w niego drugi palec. Przez pisk Dave'a wzdłuż kręgosłupa i jąder Bro przeszedł dreszcz.
Schylił głowę i zassał główkę Dave'a w tym samym momencie, co wsadzał w niego trzeci palec. Dave krzyknął krótko, szarpnął ciałem i jęknął gardłowo, kiedy Bro pracował nad nim, dopóki ten prawie nie dochodził na jego palcach. W pośpiechu nasunął na siebie kondom, nawet nie musiał martwić się o erekcję, bo był cholernie twardy. Nigdy wcześniej nie był tak niesamowicie podniecony.
Bro nie martwił się o to, że ubrudził Dave'owi łóżko, kiedy oparł klejącą się dłoń na pościeli, stojąc na czworaka. Spojrzał prosto w przymknięte oczy Dave'a i sięgnął w dół, ustawił się, jego serce pędziło z szalonym ogniem i pchnął do środka.
- O Boże! - Dave krzyknął, odrzucając głowę do tyłu. Jego broda była wycelowana w sufit, a jego oddech był niesamowicie szybki.
- Gdybym cię nie znał, powiedziałbym, że ci się podoba - Bro zdołał powiedzieć, chociaż jego głos nie był w ogóle tak opanowany, jak chciał. Przez otaczający go gorąc Dave'a miękły mu kolana i łokcie i nie tylko to.
- Tak, kurwa! - Dave krzyknął. - Bro, rżnij mnie, rżnij, rżnij...
I był w pełni zdeterminowany to zrobić.
Nawet tak pijany i rozpalony, Bro i tak zaczął powoli. Dave był niedoświadczony i wciąż obolały po ostatniej nocy. Dave sięgnął rękoma i zacisnął je po bokach Bro, ciągnąc go, starając się go przyśpieszyć.
- Spokojnie, ziomeczku - powiedział delikatnie Bro. - To ja tu jestem panem sytuacji, nie ty.
Bro poruszał się we własnym tempie, pewnym i powolnym, dłońmi masując klatkę piersiową Dave'a, drażniąc jego sutki czystą dłonią, kiedy drugą wspierał się na łóżku. Dave zaczął podążać za rytmem, a wtedy nagle poruszali się wspólnie, oczy Dave'a rozwarły się szeroko, kiedy Bro znalazł się w nim głębiej, niż się tego spodziewał.
- Kurwa, tak! - krzyknął, a Bro uśmiechnął się do siebie i zmienił kąt, pod którym celował w słodki punkt Dave'a. Uderzył i trafił precyzyjnie, a Dave krzyknął. Gorąc i przyjemność ruszyły ciałem Bro i ten już nie mógł się powstrzymywać. Wbijał się szybciej i mocniej, a Dave błagał o więcej i więcej. Bro spojrzał w dół, żeby zobaczyć ciemnego, fioletowego kutasa jego brata, błyszczącego i proszącego o uwagę. Sięgnął dłonią w dół i ledwo go dotknął, a Dave już dochodził, jego sperma była wszędzie, prawie na jego brodzie. Cholernie to Bro nakręciło. Wbijał się mocno w Dave'a, bez kontroli, aż sam dochodził z oczyma zamkniętymi i paznokciami wbijającymi się w skórę na drobnych biodrach.
Wymęczony, oddychając ciężko, Bro opadł na Dave'a, nie martwił się o białą, kleistą maź między nimi.
Dave trząsł się. Bro ciężko oddychał. Obaj byli pokryci potem.
- Cholera - powiedział Dave i oplótł ręce wokół Bro, trzymając go blisko. Bro obrócił się lekko na bok, więc leżeli obok siebie. Wtedy uśpił go alkohol. Jego penis wciąż tkwił w Dave'ie.
Gorącego, przepysznego Dave'a. Już dłużej nie było sensu wypierać się tego, że z jakiegoś powodu Dave był najseksowniejszą istotą, jaką kiedykolwiek spotkał. Im bardziej pijany Bro był, tym więcej myślał o Dave'ie. Dobra muzyka i zajebiste bity zawsze go nakręcały i podniecały; ale tej nocy był rozpalony do czerwoności, tak bardzo, że zapomniał pod koniec nocy o byciu fajnym i spakował się w pośpiechu.
Był kompletnie niezainteresowany każdą osobą, kierującą się zalotnie do niego w poszukiwaniu wspólnie spędzonej nocy. Po raz pierwszy ludzie widzieli, jak Bro Strider opuścił lokal samotnie. Wiedział, że powstaną plotki. Wiedział, że jego reputacja zostanie zagrożona. Gówno go to obchodziło.
Wrócił do domu w rekordowym czasie, jeszcze przed 3:15, ale mimo to wciąż kompletnie pijany. Porzucił swój sprzęt w pośpiechu w salonie. Dave drzemał na kanapie, ale kiedy Bro wszedł do pokoju, usiadł szybko i zerwał się na równe nogi. Obszedł kanapę, żeby dojść do Bro, który doszedł do niego w trzech długich krokach. Usta Bro przygniotły Dave'a, kiedy brutalnie przyszpilił go plecami do ściany. Dave jęczał w jego usta.
Po minucie lub dwu usta Bro sunęły w dół szyi Dave'a, a chłopak uniósł brodę, zapewniając mu lepszy dostęp do gardła. Zupełnie uległy i chętny.
- Kurwa, skarbie, gdybym wiedział, że będziesz taak rozpalony, postarałbym się o lepszą kieckę - żartował sobie Dave.
Bro odpowiedział mu zaciskając palce na jego biodrach i ocierając się o niego swoją erekcją. Dave jęknął, przewracając oczyma do tyłu, kiedy walnął głową w ścianę.
- Jasna cholera, Bro, zerżnij mnie - powiedział.
- Zamierzam - Bro warknął przez zaciśnięte zęby. Kiedy wsuwał palce pod koszulkę Dave'a, ten sięgał swoimi do guzików jego spodni. Dwaj bracia w pośpiechu zdarli z siebie koszulki, kiedy zataczali się korytarzem do pokoju Dave'a, a Bro był zbyt pijany, by nad tym rozmyślać; zbyt pijany, żeby jego sumienie mogło zareagować.
Dave już się trząsł i sapał, kiedy Bro rzucił go na łóżko i przygniótł swoim ciałem. Polizał go w dół klatki piersiowej i possał w ustach jego sutek. Zerwał z siebie rękawiczki i prześlizgnął dłońmi po nagiej skórze Dave'a. Jedna dłoń spoczęła na biodrze, druga pocierała erekcję Dave'a przez jeansy. Dave uniósł biodra, żeby do niego ciaśniej przylgnąć.
Bro uniósł twarz, żeby spojrzeć w oczy Dave'a i nagle okulary go zirytowały. Ściągnął swoje i rzucił nimi w kierunku stolika nocnego. Kiedy odwrócił się z powrotem, Dave już zrobił to samo, pozwalając okularom spaść na podłogę. Przez chwilę obaj na siebie patrzyli, wystarczająco długo, żeby serce Bro zaczęło czuć dziwne, nieznane mu, ale przyjemne rzeczy, które był zbyt przerażony nazwać.
Bro pocałować Dave'a głęboko i namiętnie. Dave wydawał z siebie przepyszne, niskie jęki, kiedy Bro zaczął ssać skórę w połączeniu jego szyi i ramienia, zbyt pijany, by martwić się zostawianiem jakichkolwiek śladów. Dave trząsł się i drżał pod nim, a Bro mocniej ocierał ich kutasy o siebie. Ręce Dave'a oplotły jego plecy i trzymały go, jego rozczapierzone palce przyciskały się do jego pleców.
Bro odpiął pasek Dave'a, zrywając z niego jeansy i bokserki jednym, płynnym ruchem. Podniósł się i szybko zrzucił ubranie, i znów wspiął się na Dave'a, składając gorące pocałunki na jego klatce piersiowej. Położył dłonie po jego bokach, trzymając go za nie, kiedy wziął do ust jego kutasa i zaczął go ssać.
- Ohhh... tak! - krzyczał Dave, wyginając plecy, a Bro lizał go po całej długości, w tym samym czasie ssąc. Zajmował myśli tylko tym, jak pyszny Dave był, jak podniecające były jego wszystkie jęki i krzyki, jak bardzo go pragnął. Sunął dłońmi niżej i niżej, rozluźniając gardło, dopóki Dave w całości nie był zanurzony w jego ustach i on sam nie mógł oddychać. Dave piszczał i starał się szarpać, ale Bro trzymał go mocno, kiedy ssąc, wysuwał go powoli z ust.
Powtarzał to raz po raz, aż skomlenie Dave'a przeszło w krzyki. Jego młodsze dłonie zacisnęły się na czapce Bro, zrywając ją i wsuwając się w jego włosy. Dopiero wtedy Bro zauważył, że popełnił błąd i zaczął wszystko bez zabrania lubrykantu. Wkurzony na siebie, ostatni raz zassał się na Dave'ie i usiadł.
- Zaraz wrócę... - powiedział.
- Nie, nie, mam to - powiedział Dave, sięgając ręką za głowę do stolika nocnego, której szafkę otworzył. Bez problemu wyciągnął z niej lubrykant i opakowanie prezerwatyw, bo leżały na samym wierzchu, a mózg Bro starał się na chwilę zebrać do kupy.
- Wziąłeś to cholerstwo z mojego pokoju?
- Co? Kurwa, nie. Nie mogę tam przecież wchodzić.
Bro przekręcił oczyma.
- A z ciebie jest taki aniołek.
- Jestem i dobrze o tym wiesz.
Bro zaśmiał się, wyrwał Dave'owi z rąk lubrykant i zaczął rozprowadzać go między swoimi palcami.
- Kradniesz mi rzeczy z pokoju przez cały pieprzony czas. Kilka dni temu znalazłem u ciebie mój winyl.
Rozmowa nie zmniejszyła pożądania Bro. Właściwie, gadanie z Dave'em, jakby wszystko między nimi było normalne, nakręcało go nawet bardziej. Bro wsunął swoje śliskie palce za jądra Dave'a i ten odpowiedział na to uginając kolana i rozszerzając nogi. Już nie mówiąc o uległości, jego niesamowity zapał wysyłał pulsy przyjemności przez Bro, którego umysł tonął w alkoholu i pożądaniu.
Wsunął palce miedzy pośladki Dave'a, a dzieciak wciągnął ostro powietrze do płuc. Bro drażnił go przez chwilę, a Dave oddychał ciężko, zaciskając palce na kołdrze. Jego klatka piersiowa unosiła się i opadała w szybkim rytmie.
- Więc kręciłeś się wokół moich pierdół, ta? - powiedział Dave.
- Szukałem tylko tego, co moje - odpowiedział Bro, wciąż drażniąc Dave'a, powodując u niego cichutkie jęki i drżenie.
- W takim razie jesteś hipokrytą, tak sądzę. Nie dziw się, że nie mam szacunku do prywatności innych, jeśli uczę się tego gówna od ciebie. Taki z ciebie przykład.
Bro prychnął.
- Stanowię tylko potwornym wpływem na ciebie, prawda? - powiedział, wsuwając palec do wnętrza Dave'a, może trochę mocniej niż zamierzał. Głęboki jęk, który uciekł spomiędzy jego warg, był cięższy niż spodziewał się tego Bro. Zamknął oczy i słuchał głosu Dave'a, czuł jego ciepło wokół palca.
- Hell yesss... - ledwo wyszeptał Dave. - Nie przestawaj do kurwy, Bro. Proszę, kurwa, nie przestawaj.
Nie było żadnej pieprzonej możliwości, żeby Bro przestał. Wsuwał i wysuwał palec zdecydowanie szybciej niż wczoraj, bardziej niecierpliwy niż był wtedy i znacznie pewniejszy tego, że Dave to lubił. Czekał jedynie minutę lub dwie, zanim wsuwał w niego drugi palec. Przez pisk Dave'a wzdłuż kręgosłupa i jąder Bro przeszedł dreszcz.
Schylił głowę i zassał główkę Dave'a w tym samym momencie, co wsadzał w niego trzeci palec. Dave krzyknął krótko, szarpnął ciałem i jęknął gardłowo, kiedy Bro pracował nad nim, dopóki ten prawie nie dochodził na jego palcach. W pośpiechu nasunął na siebie kondom, nawet nie musiał martwić się o erekcję, bo był cholernie twardy. Nigdy wcześniej nie był tak niesamowicie podniecony.
Bro nie martwił się o to, że ubrudził Dave'owi łóżko, kiedy oparł klejącą się dłoń na pościeli, stojąc na czworaka. Spojrzał prosto w przymknięte oczy Dave'a i sięgnął w dół, ustawił się, jego serce pędziło z szalonym ogniem i pchnął do środka.
- O Boże! - Dave krzyknął, odrzucając głowę do tyłu. Jego broda była wycelowana w sufit, a jego oddech był niesamowicie szybki.
- Gdybym cię nie znał, powiedziałbym, że ci się podoba - Bro zdołał powiedzieć, chociaż jego głos nie był w ogóle tak opanowany, jak chciał. Przez otaczający go gorąc Dave'a miękły mu kolana i łokcie i nie tylko to.
- Tak, kurwa! - Dave krzyknął. - Bro, rżnij mnie, rżnij, rżnij...
I był w pełni zdeterminowany to zrobić.
Nawet tak pijany i rozpalony, Bro i tak zaczął powoli. Dave był niedoświadczony i wciąż obolały po ostatniej nocy. Dave sięgnął rękoma i zacisnął je po bokach Bro, ciągnąc go, starając się go przyśpieszyć.
- Spokojnie, ziomeczku - powiedział delikatnie Bro. - To ja tu jestem panem sytuacji, nie ty.
Bro poruszał się we własnym tempie, pewnym i powolnym, dłońmi masując klatkę piersiową Dave'a, drażniąc jego sutki czystą dłonią, kiedy drugą wspierał się na łóżku. Dave zaczął podążać za rytmem, a wtedy nagle poruszali się wspólnie, oczy Dave'a rozwarły się szeroko, kiedy Bro znalazł się w nim głębiej, niż się tego spodziewał.
- Kurwa, tak! - krzyknął, a Bro uśmiechnął się do siebie i zmienił kąt, pod którym celował w słodki punkt Dave'a. Uderzył i trafił precyzyjnie, a Dave krzyknął. Gorąc i przyjemność ruszyły ciałem Bro i ten już nie mógł się powstrzymywać. Wbijał się szybciej i mocniej, a Dave błagał o więcej i więcej. Bro spojrzał w dół, żeby zobaczyć ciemnego, fioletowego kutasa jego brata, błyszczącego i proszącego o uwagę. Sięgnął dłonią w dół i ledwo go dotknął, a Dave już dochodził, jego sperma była wszędzie, prawie na jego brodzie. Cholernie to Bro nakręciło. Wbijał się mocno w Dave'a, bez kontroli, aż sam dochodził z oczyma zamkniętymi i paznokciami wbijającymi się w skórę na drobnych biodrach.
Wymęczony, oddychając ciężko, Bro opadł na Dave'a, nie martwił się o białą, kleistą maź między nimi.
Dave trząsł się. Bro ciężko oddychał. Obaj byli pokryci potem.
- Cholera - powiedział Dave i oplótł ręce wokół Bro, trzymając go blisko. Bro obrócił się lekko na bok, więc leżeli obok siebie. Wtedy uśpił go alkohol. Jego penis wciąż tkwił w Dave'ie.
Niesamowita
Dżumaka
1 komentarz:
Etykiety:
Fanfik,
Homestuck,
Stridercest,
tłumaczenie
wtorek, 29 marca 2016
Spideypool 1
Fandom: Marvel Comics
Pairing: Wade Wilson/Peter Parker - Spideypool
Ostrzeżenia: sex pollen, masturbacja, autofellatio, deep throat, palcóweczka, anal, seks w miejscach publicznych (aucie). ableizm (jeśli bierzemy pod uwagę zgryźliwe komentarze agentów), potwornie niska samoocena, hurt/comfort, od smutu do fabuły.
Spider-man zdołał uciec porywaczom, jednak w strzałce, która trafiła go w bok, nie było środka usypiającego. Peter nie wie, co byłoby lepsze i nawet nie może skupić się na tyle, by się nad tym zastanowić. Pomoc może zapewnić mu tylko S.H.I.E.L.D. a ci sprowadzają środki specjalne, a raczej jeden. Kto powiedział "złe dobrego początki" zasługuje na Nobla czy cokolwiek innego.
Pairing: Wade Wilson/Peter Parker - Spideypool
Ostrzeżenia: sex pollen, masturbacja, autofellatio, deep throat, palcóweczka, anal, seks w miejscach publicznych (aucie). ableizm (jeśli bierzemy pod uwagę zgryźliwe komentarze agentów), potwornie niska samoocena, hurt/comfort, od smutu do fabuły.
Spider-man zdołał uciec porywaczom, jednak w strzałce, która trafiła go w bok, nie było środka usypiającego. Peter nie wie, co byłoby lepsze i nawet nie może skupić się na tyle, by się nad tym zastanowić. Pomoc może zapewnić mu tylko S.H.I.E.L.D. a ci sprowadzają środki specjalne, a raczej jeden. Kto powiedział "złe dobrego początki" zasługuje na Nobla czy cokolwiek innego.
Coś, a dokładnie pajęcze zmysły, mówiło Peterowi, że gdyby się zatrzymał, byłby to największy błąd jego życia. Sunął w powietrzu między oświetlonymi wieżowcami Nowego Yorku, walcząc w locie o każdy haust zimnego, nocnego powietrza. Miał jeden cel - wrócić do swojego pokoju i zaszyć się w nim, najlepiej w bezpiecznym, pajęczym kokonie. Jego zmysły szalały, ale brzmiały inaczej - jak wrzask dziecka, którego nie możesz zignorować, emitowany z koncertowego głośnika tuż za twoimi oczyma. Ten wrzask wkręcał się w jego czaszkę, ogłuszając inne zmysły, więc Peter uciekał, już nie wiedząc przed czym.
Szczęśliwie okno jego pokoju było uchylone tak, jak je zostawił 3 godziny temu. Mieszkanie było puste i ciche. Dopiero w bezpiecznych, czterech ścianach, zmysły zaczęły cichnąć, a on sam uspokajać. Poczuł, jak potwornie ciasno przylegał do niego spandeks, zupełnie jakby stopił się z jego skórą, utrudniając tym jego ruchy i oddychanie. Mrowiły go mięśnie jak po całodniowym biegu, każdy szybki oddech palił. Peter zawarczał i drżącymi palcami ściągnął z twarzy maskę i odrzucił ją w kąt pokoju, a zaraz za nią podążyła góra kostiumu i rękawiczki. Był taki rozgrzany i niespokojny.
Poszedł do łazienki, marszcząc oczy w oślepiającym świetle jarzeniówek. Uniósł prawą rękę do góry, żeby obejrzeć w lustrze miejsce, w którym trafiła go strzałka wypuszczona przez jednego z nieudolnych porywaczy. Na skórze nie było po niej ani śladu, tylko drobny ślad krwi, co go ucieszyło. Jednak jego uwadze nie umknął pot i rumieniec wspinający się po jego klatce piersiowej, przez szyję do twarzy. Musiał się umyć.
Ściągnął ostatni kawałek kostiumu i jęknął, kiedy zobaczył, że miał erekcję. Nie miał pojęcia, jak mógł jej nie zauważyć. Podniecenie po walce było typowym problemem, jednak teraz prawdopodobnie miał gorączkę, jego organizm walczył z jakąkolwiek słabą trucizną, jaką mu zaserwowali. Nie miał nawet ochoty się nią zajmować.
Prysznic przeszedł rutynowo - głowa, ciało i jednak masturbacja, później kilka minut odpoczynku. W tym czasie zdążył przemyśleć, co zamierzał zrobić. W domu poczuł się o niebo lepiej i zdecydował, że nie będzie niepokoić doktora Bannera i Avengersów próbą porwania. Przynajmniej na razie. Teraz potrzebował snu i swojego łóżka.
Szczęśliwie okno jego pokoju było uchylone tak, jak je zostawił 3 godziny temu. Mieszkanie było puste i ciche. Dopiero w bezpiecznych, czterech ścianach, zmysły zaczęły cichnąć, a on sam uspokajać. Poczuł, jak potwornie ciasno przylegał do niego spandeks, zupełnie jakby stopił się z jego skórą, utrudniając tym jego ruchy i oddychanie. Mrowiły go mięśnie jak po całodniowym biegu, każdy szybki oddech palił. Peter zawarczał i drżącymi palcami ściągnął z twarzy maskę i odrzucił ją w kąt pokoju, a zaraz za nią podążyła góra kostiumu i rękawiczki. Był taki rozgrzany i niespokojny.
Poszedł do łazienki, marszcząc oczy w oślepiającym świetle jarzeniówek. Uniósł prawą rękę do góry, żeby obejrzeć w lustrze miejsce, w którym trafiła go strzałka wypuszczona przez jednego z nieudolnych porywaczy. Na skórze nie było po niej ani śladu, tylko drobny ślad krwi, co go ucieszyło. Jednak jego uwadze nie umknął pot i rumieniec wspinający się po jego klatce piersiowej, przez szyję do twarzy. Musiał się umyć.
Ściągnął ostatni kawałek kostiumu i jęknął, kiedy zobaczył, że miał erekcję. Nie miał pojęcia, jak mógł jej nie zauważyć. Podniecenie po walce było typowym problemem, jednak teraz prawdopodobnie miał gorączkę, jego organizm walczył z jakąkolwiek słabą trucizną, jaką mu zaserwowali. Nie miał nawet ochoty się nią zajmować.
Prysznic przeszedł rutynowo - głowa, ciało i jednak masturbacja, później kilka minut odpoczynku. W tym czasie zdążył przemyśleć, co zamierzał zrobić. W domu poczuł się o niebo lepiej i zdecydował, że nie będzie niepokoić doktora Bannera i Avengersów próbą porwania. Przynajmniej na razie. Teraz potrzebował snu i swojego łóżka.
Obudziła go poranna erekcja, wbijająca się w materac łóżka. Chciał się zaśmiać, ale z jego ust uciekł załamany jęk, kiedy nieumyślnie potarł kutasem o szorstką bawełnę. Podparł się na łokciach, ocierając się biodrami o materac i napluł na lewą dłoń, którą wsunął pod kołdrę. Niepotrzebnie marnował ślinę, na materacu już błyszczała wilgotna plama, a jego kutas był wystarczająco mokry, żeby po nim przyjemnie sunąć pięścią. Kiedy otoczył erekcję dłonią, zabluźnił i wtulił czoło w poduszkę, zerkając w dół, żeby obserwować każdy ruch swojego kościstego nadgarstka. Usta miał przez cały czas uchylone i każdemu ruchowi towarzyszył komentarz. Peter był z natury wygadany, a kiedy podniecony, nie potrafił zapanować nad swoim językiem, więc wzdychał, jęczał pod nosem i gadał od rzeczy, czasami przerywając, żeby stłumić gardłowy chichot. Dopiero kiedy spuszczał się w swoją dłoń i na materac, zamknął się, zagryzając dolną wargę. Przekręcił się na bok z leniwym uśmiechem, uważnie omijając mokrą plamę. Nie myślał jeszcze o tym, jak zamierzał ją sprać. Wstał po chusteczki, którymi wytarł dłoń i penis, naciągnął na tyłek czyste bokserki i poszedł do pokoju, łączącego kuchnię i salon.
Włączył stary telewizor, przełączając na powtórkę Wiecznego Studenta i otworzył lodówkę, żeby tylko wzdrygnąć się w szoku. Spojrzał w dół na twardniejącego w bokserkach Petera Juniora.
- Jezu, oby to nie przez Ryana Reynoldsa - zażartował, przełykając ślinę z niepokoju. Był głodny, cholernie głodny, ale widok jedzenia nie powinien był go tak uszczęśliwiać. Poza tym właśnie sobie ulżył kilka minut temu, stamina superbohatera staminą, miał świetne osiągi cardio, ale nigdy wcześniej coś takiego mu się nie przydarzyło.
Zastanawiał się, czym powinien się najpierw zająć, ale nagle zaburczało mu w brzuchu. Wyciągnął z lodówki jedzenie, które poprzedniego dnia dała mu ciocia May na ich piątkowym obiedzie. Normalnie starczyłoby mu na cały weekend, ale był naprawdę głodny. Wsadził pierwszy półmisek do mikrofali i czekając na niego, wstawił wodę na herbatę i przyssał się do butelki niegazowanej wody. Nie zdał sobie sprawy, że za jednym zamachem opróżnił ją do połowy, dopóki nie odstawił jej na blat. Przyłożył dłoń do czoła, ale nie było rozgrzane. Jedynym logicznym wyjaśnieniem było to, że trucizna, jaką mu zaserwowali, była silniejsza niż początkowo sądził.
Jedzenie zajęło jego myśli na dłuższy czas. Kiedy najedzony położył się na kanapie i przełączył na wiadomości, odkrył, że erekcja dalej napierała na jego bokserki, a nawet sączący się z niej preejakulat zmoczył je na tyle, że Peter spokojnie widział zarys główki przez materiał. Była, ale mu nie przeszkadzała. Unosząc jedną brew w zdziwieniu, stwierdził, że ją zignoruje.
Zajął się nią po kilku minutach, kiedy zaczęła go doprowadzać do szału. Sięgnął dłonią pod przemoczone bokserki, wyciągając z nich penis, żeby szybko i z wyczuciem się nim zająć. Doszedł na brzuch, napinając mięśnie na tyle mocno, że czuł je jeszcze dłuższą chwilę i przeszyła go fala mdłości. Spermy było cholernie dużo. Chciał się tym zaniepokoić, ale zwyciężyła ochota na drzemkę.
Po około godzinie obudził się ponownie z dumnie uniesioną erekcją. Peter zabluźnił, zakrywając ramieniem oczy, kiedy zajmował się sobą druga ręką. Spermy było tyle samo, co wcześniej, ale Peter Junior pozostał zaczerwieniony i lekko napuchnięty. Peter Senior wziął zimny prysznic, zmywając z siebie świeżą i starą spermę, dokończył wcześniej otworzoną butelkę wody, ponownie zagotował wodę i tym razem przygotował sobie herbaty. Zrobił się znowu głodny. Wykończył drugi półmisek od cioci May, kiedy znów poczuł ucisk i mrowienie w podbrzuszu.
- Ja pierdolę, nie wierzę. - Nasz superbohater zabluźnił, co oznaczało, że było już naprawdę źle i niedorzecznie. Szczególnie, że tej erekcji już nie dało się ,,zignorować". Ręce świerzbiły, żeby tylko sięgnąć w dół, a nawet jeszcze niżej, chociaż dawno tego nie robił.
Poszedł do swojego pokoju, wyciągnął z szafki nocnej lubrykant i położył się na środku łóżka, nie zważając na zaschniętą plamę. Wycisnął lubrykant na lewą dłoń, zamknął buteleczkę i odrzucił ją gdzieś w nogi łóżka. Kilka razy zachęcająco poruszył śliską dłonią po erekcji. chociaż nie było to w żadnym stopniu potrzebne i miał już w głowie inny plan. Uśmiechając się pod nosem, sięgnął dłonią niżej aż za jądra i sapnął, kiedy przeciągnął koniuszkiem palca wskazującego po swojej pajęczej dziurce. Nie pamiętał, żeby kiedykolwiek było to takie przyjemne, ale bez oporu wsunął palca głębiej, chwaląc się przy tym. jaki był dobry i grzeczny. Nie myślał trzeźwo, ale pewnie każdy miałby z tym problem przy takiej wielkiej erekcji. Do jednego palca dołączył drugi, jego klatka unosiła się coraz szybciej, zupełnie jak jego palce, które zginał pod różnymi kątami. Po chwili do jednej ręki dołączyła druga, którą otoczył głowę penisa, drażniąc ujście cewki. Jezu, powinien był już dojść!
- No dalej, dalej, dalej, - mamrotał, jęcząc, kiedy już zaciskał się wokół swoich trzech palców, poruszając spazmatycznie biodrami. - Och, Stary. No jeszcze trochę, Spidey. Wiem, że potrafisz, oj potrafisz, cholera.
Kiedy doszedł, dreszcz przeszedł przez całe jego ciało, wstrząsając nim od czubka głowy po koniuszki palców, aż zamgliło mu się przed oczyma. Był przerażony. Gdy zerwał się z łóżka, jego mięśnie głośno zaprotestowały i świat przez chwilę wirował, jednak musiał znaleźć swój telefon, a ten leżał w drugim pokoju na stoliku do kawy.
Petey szybko wybrał numer doktora Bruce'a Bannera, ale jak na złość włączyła się poczta głosowa, a nie zamierzał zostawiać na niej żadnej wiadomości. Wtedy zadzwonił do Kapitana Ameryki, bo wiedział, że nie będzie próbował być zabawny jak Tony, chociaż to z nim wolałby rozmawiać na takie tematy. Jednak stary, dobry kapitan także nie odebrał. Tony też, chociaż odebrał Jarvis i spytał, jak może pomóc.
- Gdybyś mógł skontaktować mnie jak najpilniej z doktorem Bannerem. Byłbym zobowiązany - przełknął ślinę, przeczesując nerwowo włosy.
- Niestety jest w Europie na misji z Avengersami, ale jak tylko będzie osiągalny, powiadomię go, że dzwoniłeś. Zostawić mu jakąś wiadomość?
- Nie - palnął i natychmiast zaczął się poprawiać: - tak, tak, poproszę. Chociaż to banalne, ale proszę powiedzieć, że to bardzo pilne, naukowe i wydaje mi się, że tylko on może mi pomóc.
- Dobrze. Jeśli mogę służyć radą, może powinieneś zgłosić się do SHIELD o pomoc?
- Nie myślałem o tym, ale dziękuję Jarvis, przemyślę to na pewno.
- Do usług. Miłego dnia.
- Tak, miłego.
Peter nie był fanem SHIELDu - stanowił ostateczność. Może i agent Coulson był zajebisty, godny zaufania i no tak, zajebisty, ale nie chciałby mu powierzać problemu o takim bagnistym podłożu. Jezu, nikomu nie chciał o tym mówić. Poza tym Shield składał się głownie z nieznanych mu agentów, dlatego postanowił dalej radzić sobie z ciągłym podnieceniem samemu.
Dochodziła 16, Peterowi skończyło się w lodówce jedzenie. Pierwszy raz żałował, że dotychczas żywił się jedzeniem na wynos i nigdy nie dbał o zapasy w lodówce. Specjalnie zapisał sobie drżącą z przemęczenia dłonią, że zacznie jeść lepiej. Miał już za sobą 10 orgazmów. Każda kolejna erekcja przychodziła coraz szybciej i zajmowała coraz więcej czasu i energii. Peter nie chciał umrzeć (na pewno nie tak); dlatego zamówił cholerną ilość jedzenia z ulubionej knajpki i wołał nie myśleć o rachunku.
Właśnie rozciągał się na podłodze w pozycji horyzontalnej z głową między kolanami i penisem wiszącym w dół, idealnie w kierunku jego rozchylonych. spierzchniętych ust, kiedy zabrzmiał dzwonek do drzwi. Resztkami rozsądku zarzucił na siebie koszulkę i szerokie dresy, które i tak nie ukrywały jego erekcji. Pamiętał nawet o portfelu.
Kiedy otworzył drzwi, stała przed nim śliczna dziewczyna w okropnym pomarańczowym stroju i Peter miał ochotę się na nią rzucić, szczególnie, gdy na jego widok, a sądził, że pewnie widać było po nim, co robił jeszcze minutę temu, jej twarz oblał czerwony rumieniec. Przez myśl mu przemknęło, czy dalej by się tak rumieniła. gdyby miał głowę między jej nogami albo i coś jeszcze lepszego...
- Jasna cholera - syknął na siebie, odwracając wzrok. - Dzięki za jedzenie. Ile płacę?
Dziewczyna jąkała się, doprowadzając go do szału. Czy wiedziała do jakiego stanu go doprowadzała?
- 39,90 dolara, proszę pana.
- Super, dzięki, tu masz 4 dychy. - Wcisnął jej pieniądze w kieszeń polówki (tak blisko piersi) i zabrał jej z rąk jedzenie. - Miłego dnia, jeszcze raz dzięki.
- Smacznego - powiedziała, ale drzwi były już zamknięte.
Peter spanikował, jednak w tej panice pozwolił sobie otworzyć pudełko skrzydełek. w które się wgryzał. Był niebezpieczny, był tak bardzo niebezpieczny i napalony. I zmęczony. I głodny. Czasami zdarzało mu się myśleć o śmierci, często tragicznej, ale nie takiej...
Pochłonął cały kubek skrzydełek, zanim zebrał się garść i sięgnął po telefon, żeby zatelefonować do agenta Coulsona. Oczekiwanie na połączenie trwało wiekami. Peter walczył z chęcią ponownego rozwinięcia się na dywanie i czekania na rozmowę z penisem w ustach. Jeszcze miał trochę samokontroli, dlatego zajął usta nóżkami kurczaka. Kiedy usłyszał głos Coulsona, jęknął wokół kości.
- Spidermanie? - usłyszał, jak agent odchrząkuje znacząco. Może kryjąc lekkie zdziwienie lub zakłopotanie... albo i podniecenie, Peter uśmiechnął się pod nosem, ale zaraz uderzył się dłonią w czoło. Wyciągnął też kość z ust.
- Jest mi tak cholernie przykro, ale jestem w napiętej sytuacji i potrzebuję pomocy - wyrzucił z siebie.
- Gdzie jesteś i co się dzieje?
- U siebie. Ale to rzecz specjalna i bardzo. ale to bardzo - podkreślił, - dyskretna. Nie zniosę żadnego byle jakiego agenta, bo jestem niebezpieczny. I potrzebuje pomocy. Medycznej. I fizycznej. Boże - rozwarł oczy w chwili oświecenia, - prawie zaatakowałem bezbronną dziewczynę.
- Spokojnie. Peter. Zaraz przyślę pomoc.
- Nie zapytasz mnie o adres?
- Wiemy wszystko, Peter.
Peter stłumił jęk. Uwielbiał osoby, które wiedziały dużo. Poza tym głos agenta był przyjemny dla ucha. Coulson ponownie chrząknął. Och, na pewno był zmieszany.
- Zaraz połączę cię z inną agentka...
- Nie nie nie, poradzę sobie. Do później, agencie. Dzięki, agencie.
Rozłączył się i odrzucił telefon, padający na podłogę, żeby spełnić swoje najbardziej naglące marzenie. Ta erekcja doprowadzała go już do szału i musiał się jej jak najszybciej pozbyć. Więc zrzucił szybko dres i zwinął się na podłodze. zarzucając nogi za głowę. Już pewnym ruchem zassał się ustami wokół swojej głowy i dodatkowo wsuwał palce prawej dłoni w tyłek, kiedy lewą podtrzymywał tyłek w górze. Żałował, że nie miał nic innego do wsadzenia siebie w tyłek. Było z nim tak cholernie źle.
Doszedł sobie na usta, brodę i materiał koszulki. Położył się płasko na podłodze, oddychając ciężko. Wszystkie mięśnie drżały i Peterowi zachciało się śmiać i płakać. Był skończony. "Wielki Spiderman wyfapał sobie śmierć".
W końcu, zanim dostał kolejnej pełnej erekcji, usłyszał dzwonek do drzwi. Znowu pamiętał, żeby wciągnąć na siebie spodnie.
Boże, jęknął, kiedy przez wizjer zobaczył maskę Deadpoola.
- Heja, Spidey. przyszedł twój niegrzeczny sąsiad Deadpool. Nasz inny sąsiad Coulson powiedział, że potrzebujesz pilnej pomocy. Jesteś cały?
- Jestem twardy - burknął, uchylając drzwi i zapraszając gościa do domu. Widział szok na masce najemnika. - Więc przysłało cię SHIELD? - spytał, przegrywając wargę. Chciał być niezadowolony, bo podkreślał dyskrecję, ale kiedy niecierpliwie przestępował z nogi na nogę, dotyk bawełny na jego penisie zaczął być nieznośny. - Jezu, zawsze tak dużo gadasz, czemu akurat teraz musisz być cicho?
- Jesteś piękny - wypaplał najemniku tak niewyraźnie i cicho, że Peter go ledwo usłyszał. Ale posiadał super zmysły i usłyszał. Po jego podbrzuszu i lędźwiach rozszedł się przyjemny dreszcz. Nawet go nie obeszło, że pokazał się bez maski. Pieprzyć jego tożsamość, miał pomysł.
- Jesteś sam? - spytał, wciągając go oszołomionego za ramię do mieszkania.
- Czy na brodzie masz pajęczą spermę? Kurwa, to jest wszędzie. I pachnie... Co tu się dzieje?
Pater patrzył zaszklonymi oczyma na mięśnie poruszające się pod kostiumem Deadpoola i przygryzł wargę, wyobrażają sobie, jak takie muskuły można by wykorzystać.
- Spiderman!
Dopiero krzyk go ocucił. I dłonie zaciśnięte na jego rękach.
- Co. Się. Stało. Nie zmuszaj mnie do bycia poważnym, nienawidzę tego.
- Jestem tak kurewsko napalony, chcieli mnie w nocy porwać i strzelili we mnie czymś i tak bardzo chcę się pieprzyć, ale już nie mam siły.
Dla podkreślenia faktu złapał się przez dresy i jęknął, uchylając głowę w dół tak, że dotknęła klatki piersiowej Deadpoola. Nie chciał się ruszać ani o krok, miał idealny widok na rozporek najemnika.
- Kurwa, mały - sapnął nad nim zszokowany mężczyzna. - Na dole stoi pancerny wóz SHIELD, zabieram cię do ich siedziby, na razie trzymaj ręce przy sobie, ok? Nie chcemy, żebyś czegokolwiek żałował, kiedy już dojdziesz do siebie.
Odsunął się od niego na wyciągnięcie ramion, wciąż trzymając go za ręce. Dzieciak był superbohaterem, a wyglądał jakby miał się zwalić na ziemię. Nie tak, zboczuszki.
- Dasz radę się przez moment nie dotykać i nalejesz sobie wody? Mam coś, co ci pomoże.
Peter przytaknął niemrawo, ale nie ruszył się ani o krok. Deadpool nie mógł się na niego napatrzeć, był prześliczny. I napalony. I na pewno zamierzał zapamiętać sobie ten widok w ramach codziennego fapania.
- No chłopcze, ruchy! - spojrzał na niego sceptycznie. - Ponoć jesteś geniuszem, a zachowujesz się jak przygłup. Chyba seks tak negatywnie na ciebie nie działa, słońce?
- Sine jaja już tak - odpowiedział na wydechu. - Jak się ruszę, to nie wytrzymam.
Deadpool nie zauważył nawet, jak długo sam wstrzymywał oddech, póki nie poczuł zawrotów głowy.
- OK, sam to zrobię. Stój tu i... i powiedz, co się dzieje, tylko bez niegrzecznych szczegółów. Same suche informacje.
W tym czasie sięgnął po pustą szklankę leżącą na kuchennym blacie zastawionym pustymi opakowaniami po jedzeniu. Wypełnił ją kranówką i zaczął szukać czegoś po swoich męskich saszetkach. W tym czasie stał plecami do Petera.
- No wiesz, wróciłem do domu. Było inaczej, ale nie najgorzej... myślałem, że to zwykła trucizna i odeśpię. Obudziłem się z namiotem - jego głos zaczął wyraźnie drżeć, ale Deadpool się tym zbyt nie przejął, raczej starał się nie podniecić przy niezdrowo podnieconym Człowieku Pająku. Miał jedno zadanie i nie mógł go spieprzyć, a już na pewno nie erekcją. - No poradziłem sobie z nim, ale wtedy znowu mi stanął i tak w kółko, nie wiem, ile już razy się no wiesz, ale za każdym razem jest gorzej i zarazem lepiej, jestem wykończony i mam dość, ale coraz bardziej chcę.
- Wierzycie? Czuję się, jakbym trafił w dziwne porno - zwrócił się do nikogo, kręcąc głową z rozbawieniem. - Sam nie wierzę - stwierdził, po czym spytał głośno Petera: - Gdzie masz strzałkę, którą dostałeś?
- Nie, nie mam jej, wbiłem ją jednemu z porywaczy.
Najemnik zaśmiał się krótko i odwrócił do chłopaka, żeby zaraz pisnąć dramatycznie i zacząć krzyczeć:
- Nie, nie, nie! Źle! Rączki do góry! Jak ty się zachowujesz!
- Łatwo ci mówić, dupku! Umieram tutaj! - odwrzasnął, ale wyciągnął ręce z dresów i założył je na piersi ze wściekłą miną. Uwadze Deadpoola nie umknęło to, że chłopak mógłby poprawić spodnie, bo wisiały na nim niebezpiecznie nisko.
- Ale z ciebie babsko! - zarzucił mu i podszedł do niego z kubkiem mętnej wody. - Masz tu wszystko, czego ci potrzeba.
- Orgazmu?
- Nie, głuptasie, minerałów i innych dupereli. Masz - wyciągnął szklankę, ale Peter tylko wpatrywał się w niego intensywnie. - Jezu, masz albo sam ci pomogę. Mamy kilka minut, zanim wpadnie tu cały pieprzony szwadron agentów, żeby zobaczyć, jak ci stoi.
- Mógłbyś mi pomóc inaczej - Spiderman wymruczał, zmieniając taktykę. Przylgnął do niego całym ciałem, oplatając go lewą ręką w pasie, a druga przez kark. Jego erekcja wbijała się w twarde udo Deadpoola, który załkał teatralnie.
- To nie fair, że muszę zachowywać się porządnie, kiedy obcierasz się tak chętnie o moje udo. To chyba kara za wszystkie moje podpalenia, bo uwierz, płonę.
- Wade, sam cholernie płonę w majtkach.
- Niestety, kochanie - przytaknął mu szklankę do ust, - na razie musisz wszystko wypić.
Spiderman przewrócił oczyma, ale rozchylił usta i zaczął sączyć wodę ze szklanki, którą Deadpool powoli przechylał. Wpatrywał się poirytowany w najemnika, który za cholerę nie chciał na niego spojrzeć, nawet pomimo tego, że ocierał się o jego niesamowite udo. Nie widząc żadnej reakcji, Peter zaczął bez krępacji zsuwać dłoń na niesamowicie umięśniony tyłek mężczyzny, a na jego twarzy zaczął wypływać bezczelny uśmiech, utrudniający mu picie. Kiedy zacisnął dłoń na jędrnym pośladku, Deadpool zadrżał i w końcu na niego spojrzał. 1:0 dla Petera.
- Patrz, szklanka jest pusta, brawo - zaszczebiotał, chociaż jego głos był niższy niż zazwyczaj.
Oj, tak bardzo starał się nie rzucić na Spidermana tu i teraz. I zerżnąć jego śliczny tyłek, słuchając jego słodkich krzyków. Takie okazje nie zdarzały się często, jeśli wcale. Wiecie, ludzie świadomi jego wyglądu raczej wymiotowali na myśl o seksie. - Mam nadzieję, że nie lubiłeś tej szklanki - powiedział szybko, zanim nie rzucił jej na ziemię. - Opuszczamy tę dziurę, Spidey.
Podciągnął mu spodnie, złapał pod pośladkami i podniósł. Mimowolnie Spidey musiał zostawić jego tyłek w spokoju, ale zmiana mu nie przeszkadzała. Oplótł chętnie Deadpoola rękoma wokół karku, a nogami wokół pasa. Na tyłku czuł duże, silne dłonie, a jego erekcja ocierała się o pewny namiot w kostiumie Deadpoola, który wywołał u niego szeroki uśmiech.
- Łóżko jest w pokoju obok, ale ściana o wiele bliżej - powiedział, chowając głowę w zgięciu szyi Deadpoola, którego grdyka poruszyła się wyraźnie pod materiałem.
Mężczyzna przycisnął jego głowę do siebie i trzymając go pod tyłkiem tylko jedną ręką, wyszedł na szczęśliwie pusty korytarz. Ignorując Petera, powiadomił SHIELD.
- Preston, schodzę z nim... Zobaczysz sama.
- To nie twoja dziewczyna, prawda? - spytał Peter, a Deadpool wybuchnął śmiechem. W wyniku tarcia Peter jęknął, wtulając się w niego mocniej. Deadpool jednak udawał, że tego nie zauważył.
- Cholera jasna, szybciej bym się zabił, chociaż to niemożliwe w moim przypadku. Ale Preston jest świetna, polubiłbyś ją, też nie popiera zabijania ludzi i.. i co ty robisz? - zanim usłyszał odpowiedź, jęknął gardłowo i gwałtownie się zatrzymał. Szczęśliwie byli na półpiętrze, inaczej pewnie spadliby ze schodów.
Peter ssał kawałek szyi, który odsłonił. Przycisnął się do niego silniej biodrami. Tyle wystarczyło by zszokować najemnika.
- Kurwa, Spidey. Musimy dość na dół. Miałem być w tym roku grzeczny.
- Ignorujesz mnie.
- Bo jesteś naćpany i potrzebujesz szybkiej pomocy! - zamachałby rękoma nad głową, gdyby nie podtrzymywał nimi chłopaka.
- Racja, szybkiej i twojej - pocałował go w polik, szepcząc mu przy uchu.
- Jeśli nie rozluźnisz nóg, połamiesz mi miednicę - stwierdził sucho.
Peter posłuchał go i Deadpool wznowił powolną wędrówkę wzdłuż poręczy. Najchętniej wyskoczyłby oknem albo już zbiegł, ale oba pomysły odpadały. Pierwszy z bardziej oczywistych powodów, w końcu to była akcja incognito, a drugie było awykonalne z dosłownie pająkiem oplatającym tułów. W milczeniu pokonywał kolejne schodki, nie mogąc uwierzyć w to, jak bardzo pragnął być w tej chwili odpowiedzialny i poważny.
Zaraz Spiderman zaczął ponownie marudzić:
- Już nie mogę wytrzymać... Jezu, jak ty się nazywasz? - wyprostował się, patrząc prosto w jego maskę, obejmując jego szczękę dłońmi. Nie widząc drogi, Deadpool zatrzymał się ponownie.
- Wade, Wade Winston Wilson. A teraz Spidey... - chciał kazać mu zabrać swoją przesłodko przystojną buźkę z pola widzenia, ale Peter mu przerwał.
- Jestem Peter, zapamiętaj, żeby wiedzieć, co krzyczeć, Wade. Zaraz oszaleje, jeśli nie przyciśniesz mnie do ściany albo, albo...
Uniósł jego maskę po nos i pocałował go, zsuwając dłoń miedzy ich ciała, złapał się przez dres. Jęknął w usta Deadpoola, który nie mógł już wytrzymać. Nawet on miał swoje granice. Bluźniąc, przyszpilił Petera do ściany ciałym, chroniąc jego głowę dłonią przed uderzeniem. Wtedy wsunął obie pod jego tyłek, który zaczął uciskać ku głośnej uciesze chłopaka. Językiem musiał rzucać czary, bo zamienił Petera w rozpaloną dziewicę, szepczącą urywane: "tak, tak, tak, Wadey, tak".
- No, Petey, skarbie - powiedział między pocałunkami, obcierając się biodrami o jego, - czego chcesz? - Zaczął całować jego śliczna, gładka szyję, przygryzając delikatną skórę. Na jego liście fetyszy widniało bycie dominowanym, ale dla Petera umiał być szefem.
- Kurewsko dojść, Wade - wyjęczał. - Ale to już zaczyna boleć, ale jest tak dobrze.
- Musimy zejść na dół, w wozie zrobię, co tylko chcesz.
- Pamiętam to - sapnął, całując go w zamknięte usta. - Byle szybko.
Co nie było łatwe. Biegniecie z łatwością mogło skończyć się upadkiem, a po takim Peter na pewno nie pozwoliłby mu się podnieść z podłogi. Ekshibicjonizm był w sumie podniecający, ale w końcu byli na misji i Spiderman nie był sobą. Na dole budynku Deadpool ponownie przycisnął głowę Petera w zgięcie swojej szyi. kryją jego twarz przed innymi. Jeszcze przed wyjściem z budynku czekała na niego wściekła murzynka.
- Wade, co ty odpierdalasz? Zajęło ci to tak dużo czasu, agent Coulson do mnie dzwonił i musiałam mu się tłumaczyć. Odbijesz mi to - mruknęła na koniec i spojrzała na superbohatera w jego rękach. - Jest tak źle, że musisz go nieść? - W jej głosie w końcu było słychać niepokój.
- To problem trochę innego kalibru - odpowiedział. - Wiesz pająki i muchy, czy cokolwiek uczą w podstawówce. Dlatego muszę się Spideyem zająć sam. Wchodzę do bagażnika sam, ty prowadzisz, nie ufam innym agentom. No Adsit jeszcze ujdzie.
- Hah, dzięki - mruknął agent, który stał przy drzwiach od strony kierowcy.
- Nie sądzisz, że lepiej go zostawić samego? - spytała, lustrując owinięte wokół Wade'a ciało.
- Żartujesz sobie? - powiedział poirytowany Spiderman, zaciskając się wokół mężczyzny jak boa dusiciel. Preston drgnęła na chrupnięcie, które usłyszała, ale Wade wydawał się być... rozczulony. - Wade jedzie ze mną.
Och, teraz na pewno był zadowolony. Na jego usta wypłynął szeroki, bezczelny uśmiech.
- Słyszałaś, chłopca?
Najemnika puścił jej oczko, a Preston westchnęła, krzywiąc się. Nie podobało jej się to.
- Nie podoba mi się to - stwierdziła, otwierając im pancerne drzwi. - Masz coś jeszcze do powiedzenia?
- Włącz głośno muzykę, najlepiej coś włoskiego i wolnego. - Wolną ręką pokazał nad głową Petera kółeczko z kciuka i palca wskazującego. Puszczając jej oczko, dodał: - Mam świetny plan.
Preston nawet nie uniosła brwi w odpowiedzi, ale obserwowała uważnie, jak Wade wsunął delikatnie palce we włosy na potylicy chłopaka, przyciskając ją do siebie, kiedy ostrożnie gramolił się do wozu. Zamknęła za nimi podwójną parę drzwi i westchnęła ciężko, zanim nie połączyła się z innymi agentami.
- Tu Preston. Odjeżdżamy. Jadę ze Spidermanem, dwa wozy przede mną, jeden z tylu, jeden ze mną. Odbiór.
Całe wnętrze przypominało karetkę więzienną. Z metalowych ścian zwisały 3 pary podrasowanych kajdanek, po jednej na każdej metalowej ścianie, z których wyłaniała się teoretyczna ławeczka z także trzeba parami specjalnych kajdanek na kostki. Oczywiście w ścianie naprzeciwko drzwi było okienko, przez które w każdej chwili do środka mogła zajrzeć Preston, ale Wade był pewien, że tego nie zrobi.
Usiadł na ławeczce pod okienkiem ze Spidermanem na kolanach. Wszystko było cholernie zimne i generalnie zacząłby narzekać na odmrożenia tyłka, ale jego pajączek nie próżnował i wolał nie marnować czasu na ceregiele. Już rozplótł zabójczo silne kończyny i zgrabnie usiadł okrakiem na najemniku, ocierając się kroczem o jego brzuch i erekcję, gdy dłońmi sięgał pod maskę, by jak najszybciej dostać się do ust najemnika. Nie dał mu nawet chwili na rzucenie dowcipu na rozluźnienie lub zepsucie atmosfery. Wade warknął, łapiąc Pająka za biodra i przyciskając je do siebie jak najmocniej. Peter jęczał, nie mogąc mu się wyrwać. Bezsilnie wbijał paznokcie w plecy mężczyzny.
- Boże, Wade - załkał w końcu. - Dlaczego mi to robisz?
- Uwielbiam patrzeć, jaki podniecony i zdesperowany jesteś. Wiedziałem, że pod tą warstwą opanowania, moralności i dobrych dowcipów jest coś bardziej pociągającego od pająka, Petey - przeciągnął jego imię z lekką naganą w głosie.
- Myślałem, że starasz się zostać bohaterem - brzmiałoby to zgryźliwie, gdyby oddech Petera nie był taki ciężki, a jego głos nie załamał się w połowie. - Uratuj mój dzień i mi obciągnij.
- Nie tak działają szlachetne uczynki, skarbie - wygruchał, układając usta w dziubek. - Ale nie jestem szlachetny - uśmiechając się, zsunął jedną dłoń na jego pośladek i ścisnął go, a z gardła Petera wyrwał się długi jęk. Wtedy palcami sięgnął między jego pośladki, którymi potarł jego jądra i odbyt.
- Cholera, Wade! Przestań się tak ze mną drażnić i wsadź mi w końcu rękę pod spodnie.
- Mrr, kocie - Wade zachichotał, zanim zaczął go głęboko całować i poklepał nagląco po pośladku, żeby z niego zszedł.
Prędko, prawie się przewracając, Peter stanął na nogach i zerwał z siebie dresy, które upadły u jego stóp. Oczy Wade'a rozszerzyły się w szoku na widok erekcji chłopaka, która zaczynała robić się fioletowa. Kiedy przerwali pocałunek, a Peter dalej nad nim stał, objął dłonią jego rozgrzanego kutasa i w odpowiedzi na głośne jęki, zaczął uspokajająco mamrotać:
- Zajmę się tobą, malutki. Spokojnie, już się tym zajmujemy.
- Zobaczymy kto się kim zajmie, malutki - prychnął, uśmiechając się do niego złośliwie.
Wade parsknął śmiechem, ale wtedy Peter zaczął dobierać się do jego spodni. Było to cholernie miłe i podniecające, ale stanowiło stanowcze nie. Deadpool nie chciał, żeby Peter go widział lub dotykał, chociaż jego kutas był jedyną jego częścią, która była pozytywnie "super". Strzepnął jego dłoń raz i drugi, marszcząc brwi, ale Peter był zdeterminowany. W końcu złapał go za rękę i zacisnął ją na jego penisie, gdzie razem zajmowali się już trzema dłońmi jego bolesnym problemem. Nie podobało się to Peterowi, najwyraźniej lubił coś od siebie dawać.
- Chcę cię dotknąć - rzucił jak naburmuszony dzieciak, a jego głos ani razu się nie załamał.
- Zajmijmy się najpierw tobą, skarbie.
- Nie, Wade, daj mi dotknąć twojego kutasa.
- Szzz, co pomyślą twoi najmłodsi fani?
- Wade, tobie też musi być dobrze - sięgał już drugą dłonią, a głupi mózg Wade'a zaczął bić na alarm.
Kurwa, to było takie obiecujące, ale Petey nie był sobą, nie mógł mu pozwolić na zrobienie czegoś takiego, już wystarczająco łamał jego granice, ale miało to swój motyw. Gdyby nie pomocna dłoń Deadpoola, Petey przekręciłby się od zsiniałych jajek. To nie jego Junior miał być bohaterem wieczoru.
- Mam pomysł! - wykrzyknął spanikowany, cmokając Petera w usta. Poderwał się z ławki, obrócił ich dookoła i pchnął Spideya na ławkę, na którą ten upadł z syknięciem. Rozkojarzony i niemożliwie podniecony Spiderman nie zdążył odpowiedzieć na żaden ruch najemnika i dopiero po chwili, kiedy chciał ruszyć dłońmi, zrozumiał, że są zakute.
- Co do cholery - warknął, ciągnąc za nie.
- Uwielbiam krępowanie - puścił mu oczko, już klęcząc między jego rozchylonymi nogami. - Daj tatusiowi się sobą zająć - przesunął dłońmi po wewnętrznej stronie jego ud, rozchylając je, aż do ciemnych włosów łonowych i pochylił się biorąc jego główkę w usta. Peter rozchylił usta, odchylając głowę do tyłu, wydając z siebie długi, zadowolony jęk ulgi. Wade, mrucząc, ssał żołądź, otulając ją językiem z każdej strony, badając jej kształt i zapamiętując go. Ale po chwili dla Petera to było za mało, chwilowa rozkosz przeminęła, Peter patrzył na nieruchomą głowę Wade'a i palce wbijające się w jego uda.
- No Wade, do dna - zachęcił go, próbując poruszać biodrami, Wiedział, w którym momencie Wade uniósł oczy na jego twarz, uśmiechnął się wtedy wyzywająco.
Prowokacja zadziałała. Jego główka wsunęła się cholernie głęboko, zbyt głęboko. Oczy Petera rozszerzyły się w szoku, ale już nic nie mówił, sapał tylko, wierzgając drżącymi biodrami. Deadpool skupił wzrok na brzuchu Petera, widział dobrze pot skraplający się na jego skórze oraz urocze pieprzyki wystające spod koszulki. Mrucząc, lizał i ssał go głęboko w ustach, dłońmi kojąco miziając go po naprężonym brzuchu, podciągając powolnie jego koszulkę do góry, coraz wyżej i wyżej, aż pod same pachy zarumienionego superbohatera. Och, Wade bardzo dobrze widział spięty, idealnie wyrzeźbiony abs chłopaka i jego drobne sutki, którymi postanowił się zająć, gdy z gracją i wrodzoną naturalnością trzymał go głęboko w gardle. W końcu usłyszał pisk, który już nie brzmiał tak przyjemnie i Peter zaczął szybko powtarzać jego imię, by zwrócić na siebie uwagę.
- Zaczęło boleć, już mnie boli - syknął.
Wade szybko wypuścił go z ust i zacisnął palce na jego bokach, masując jego kości biodrowe kciukami.
- Mówisz o sutkach czy...?
- Penisie, penisie, sutki są świetne, ale czy wiesz, że tyłek wcale mnie nie boli? I jest bardziej obiecujący od moich kości? - zerknął znacząco na kciuki mężczyzny.
- Wiem - przytaknął Wade, oblizując usta; zaczął rysować kółeczka coraz niżej i niżej; - masz zajebisty tyłek, kochanie. Szczególnie w tych twoich elastycznych rajtuzach.
- Dobrze wiesz, że to spandeks i nie noszę rajtuz.
- Warto to zmienić, przemyśl to, kiedy juz będziesz w stanie.
- Podobają mi się twoje usta.
Wade rozszerzył je zdziwiony, po czym zacisnął, patrząc na niego zdziwiony. Gdyby mógł, zarumieniłby się.
- Myślałem, ze mamy się pieprzyć, a nie komplementować.
- Może gdybyś się nie opierdalał, zająłbym się krzyczeniem.
- No racja. - Pocałował go w pachwinę i złapał go dłońmi pod tyłkiem i uniósł go do góry. - Trzymasz się?
- Tak, tak, jest zajebiście - odpowiedział podekscytowany. Jakimś cudem udało mu się oprzeć piętami o szerokie plecy Wade'a. - Ale...
- Ale? - Głowa Deadpoola chowała się za jego penisem i Peter nie mógł opanować śmiechu.
- Boże, ustawiłeś się tak śmiesznie - parsknął, - ale, wolałbym, żebyś mnie przeleciał. Potrzebuję czegoś więcej niż palców i chcę dojść teraz, Wade. Trzymam od tak cholernie długiego czasu, ale ta pozycja jest zajebista. "A z plusem" za pomysł.
Deadpool posadził go z powrotem na zimnej ławeczce.
- Muszę znaleźć lubrykant, księżniczko.
- Uhm, nie musisz. - Klatka Petera pokryła się jeszcze większym rumieńcem.
- Ach tak? - Deadpool uśmiechnął się szeroko, przylegając do jego ciała i gapiąc mu się prosto w oczy. - Petey był niegrzeczny? - spytał, całując go w sutek.
- Jak nigdy - sapnął, - ale nie żartowałem, chcę się z tobą pieprzyć. Może inaczej, jeśli tego nie zrobisz, policzymy się, kiedy już będę miał wolne ręce.
Deadpool przełknął ślinę i nie dał po sobie poznać fali poczucia winy, jaką poczuł. Po tym wszystkim Pajączek nie będą w stanie spojrzeć sobie w twarz. Uśmiechnął się szeroko i ściągnął z siebie prawą rękawiczkę, jednak trzymał dłoń na tyle nisko, żeby Pete jej nie zobaczył. Okrążył palcem wskazującym śliską dziurkę Petera, a ten jęknął gardłowo, wciągając szybko powietrze do płuc.
- Powinienem zmienić zawód - rzucił wesoło, wsuwając palec w jego rozciągnięty odbyt. - Mam skrzywiony kręgosłup moralny, uwielbiam hajs, no i mam umiejętności - gadał, kiedy wsuwał kolejne dwa palce do jego tyłka. - Nie próżnowałeś... cholera, byłbyś moją ulubioną gwiazdą porno, jesteś zajebisty.
- Nie zabijałbyś wtedy - jęknął.
- O kurwa, umiesz zepsuć nastrój, byłbyś potworną gwiazdą porno - skarcił go, palcami trącając jego prostatę.
- Przepraszam! - Peter krzyknął, zaciskając oczy, a Wade się zdziwił. - Jezu, Wade, proszę, jeszcze nie przestawaj, rób tak jeszcze, uwielbiam twoje palce, są idealne. Już nie będę przepraszać.
- Słodziutki, przepraszaj, ile chcesz. To cholernie podniecające - zapewnił, dalej poruszając palcami, a nawet przyspieszając.
- Dzięki - odpowiedział cicho.
- Jesteś taki miły, kiedy chcesz. - Wsunął lewe przedramię pod krzyż Petera, wbijając palce w jego lewe biodro, a głowę oparł o jego prawe udo, kiedy jeszcze szybciej zaczął go pieprzyć swoimi poniszczonymi palcami. Teraz tylko to się liczyło. Peter pieprzył pod nosem bez ładu i składu, ślicznie wyginając plecy. Wade ignorował swoją gigantyczną erekcję, co było jednym z jego największych życiowych osiągnięć, bo cholera, czegoś takiego nie dało się normalnie ignorować. Wpadł w coraz szybszy rytm i coraz głośniejsze odgłosy Petera, cholera, mógłby się przyzwyczaić - za co od razu się mentalnie skarcił.
- Boże, Wade, Boże, dochodzę! Mmm...
Rozlał się na swoją klatkę piersiową, gęstą, białą strużką spermy, zaciskając się na palcach Wade'a w żelaznym uścisku. Deadpool syknął, ale nie poruszył dłonią o milimetr. Gdy Peter dalej drżał, chociaż już nie dochodził, Wade zaczął zgrabnie zmieniać ich pozycję, aż znów klęczał między jego nogami. Zaczął go uspokajająco uciszać i głaskać lewą dłonią jego spięty bok, kiedy powoli wysuwał z niego palce.
- Już dobrze, Peter. Jesteś z nami?
- Ta - mruknął w odpowiedzi, uśmiechając się. Był to lekki uśmiech zwycięscy po ciężkiej i długiej walce. - Pocałuj mnie - ułożył usta w dziubek, Wade odetchnął z ulgą i cmoknął go w usta z głośnych mlaśnięciem. - Nie żartuj sobie.
- Ja? Żartować? - prychnął. - Uważaj, bo wypuszczam ci ręce - ostrzegł i nachylił się do pocałunku, kiedy wolną ręką przekręcił kluczyk wciąż tkwiący w drobnym zamku. Natychmiastowo otoczyły go silne ręce Spidermana. - Wychodzimy, malutki - powiedział, kiedy w końcu się od siebie oderwali, - tylko daj mi na siebie spojrzeć.
- Materiał na wieczorne fapanko?
- Poniekąd, nie chcę cię oddać umorusanego spermą - wytłumaczył, sięgając do jednej ze swoich męskich portmonetek po chusteczki lub jakąś szmatkę. Znalazł jakiś czarny (cudem czysty) kawałek materiału, którym zaczął wycierać mu brzuch.
- Dziękuję, Wade - nagle powiedział Peter tym swoim zachrypniętym po orgazmie głosem. Członek i serce Wade'a zadrżały. Miał coś odpowiedzieć, ale Peter przylgnął do niego ciasno, ponownie wtulając twarz w zagłębienie między jego szyją i ramieniem. Poczuł takie jedyne w swoim rodzaju, nie do pomylenia ciepło na zabliźnionej skórze i kolejne. - Petey, skarbie, chyba nie jesteś już gotowy na rundę, ah! Kurwa! - pisnął, kiedy zęby Petera zagłębiły się w jego szyi, przesyłając przez jego ciało falę bólu i podniecenia.
Przez moment ugryzienie dało mu uczucie stabilności, należenia do kogoś, do pewnego miejsca i określonego czasu, inne uniwersa już nie miały dla niego znaczenia, bo ugryzienie go uziemiło w uniwersum Parkera.
I tak był cholernym masochistą. To była ostatnia stymulacja potrzebna mu do spuszczenia się w portki. Jęknął, miażdżąc Petera w uścisku, kiedy jego ciało zadrżało.
Kiedy się uspokoił, Peter gładził nosem jego szyję.
- Jesteś bestią, Petey-pie.
- Doszedłeś - odparował chłopak, a Wade nie odpowiedział na to nic.
- Musimy cię ubrać i wychodzimy stąd. - Rozplątał się z jego uścisku i podał Peterowi leżące na ziemi dresy. - Pomóc ci? - zaproponował, ale Peter pokręcił głową i sam zaczął powoli naciągać na siebie dresy. - Pewnie stoimy na parkingu SHIELD od pół godziny - zaczął gadać, żeby nie milczeć.
- Pewnie słyszeli, jak przez ciebie dochodzę.
- Zazwyczaj nie jest z ciebie taki pochlebca,
- Zazwyczaj nie jestem po dobrym seksie, Wade.
- Hm, okay, to dobre wytłumaczenie - pokiwał głową i spojrzał na Petera. Przechylając głowę na bok i wytykając przy tym końcówkę języka, poprawił mu koszulkę i ułożył rozczochrane włosy, starając nie wzdychać nad urokiem chłopaka, który zasnął, kiedy Wade przeczesywał mu włosy palcami. Kiedy skończył, stwierdził: - Voila! - i zadzwonił po Preston, która odebrała natychmiast, w końcu miała telefon wmontowany w głowę.
- Już miałam do was wchodzić - powiedziała "lekko" podenerwowana.
- Dobrze, że się powstrzymałaś - parsknął, ale zaraz dodał poważniej: - Wszystko gotowe?
- Tak, czekamy od kwadransa. Jak Peter?
- Na razie śpi, otwieraj drzwi.
Na podziemnym parkingu siedziby czekała na niego grupa sanitariuszy i uzbrojonych agentów, a także nosze. Jednak Deadpool nie chciał wypuszczać Petera ze swoich rąk.
- Sam go zaniosę - powiedział od razu stanowczo, a agenci nie mieli nic do powiedzenia, widząc brak sprzeciwu u agentki Preston, która stanęła przy Deadpoolu.
- Jedziemy na dziewiąte piętro - powiadomiła go. - Sami - dodała głośniej i pociągnęła przyjaciela za ramię w stronę wind. Adsit chciał zaprotestować, ale tylko spuścił ramiona z rezygnacją.
Dopiero za metalowymi drzwiami, odgrodzeni od nieupoważnionych uszu innych agentów, położyła dłoń na jego ramieniu i spytała:
- Wade, stało się coś? Wiesz, że możesz mi powiedzieć o wszystkim, prawda?
- Chłopak był tak podniecony, że nie mógł sobie poradzić z erekcją, wyręczyłem go. Nie mam tu dużo do opowiadania, Preston - powiedział gorzko.
- Wade, nie czuj się z tym źle - zaczęła delikatnie, ale Wade jej przerwał.
- Jak mam się tak nie czuć? - Był wściekły. - Dzieciak był naćpany.
- To było zło konieczne, co innego mogłeś zrobić?
- Nie wczuwać się.
- Boże, Wade! Nie jesteś maszyną, tylko człowiekiem i masz uczucia, ciężko jest nie wczuć się, kiedy uprawiasz z kimś seks. Nie obwiniaj się, Spiderman na pewno...
- Peter tego nie zrozumie, nie był sobą, gdyby nie to gówno we krwi, nigdy by do tego nie doszło.
Natychmiast żałował, że się tak otworzył. Preston siedziała w jego głowie na tyle długo, by dobrze go poznać i, o cudo, polubić, ale nie powinien był po prostu tego mówić. Teraz milczała, nie wiedząc, co powiedzieć, więc Wade też milczał, pogrążając się w nienawiści do siebie. Wtedy otworzyły się drzwi do windy i wyszli na sterylny korytarz, a Preston poprowadziła go do pokoju 913, gdzie na Petera czekała śnieżnobiała pościel i oddział lekarzy. Deadpool z troską położył nieprzytomnego chłopaka na łóżku i streścił lekarzom, co "dolegało" Peterowi. Kiedy skończył, wyszedł z pokoju wraz z Preston.
- Zapewnimy mu strażników - powiedziała, kładąc dłoń na jego ramieniu, - ale możesz zostać, jak długo zechcesz. Możemy ci też przygotować pokój. Wade, może to dla ciebie być szansa. jesteś dobrym człowiekiem i nie wykorzystałeś Petera, wiem, że nigdy byś tego nie zrobił. Pamiętaj - dodała z naciskiem, ściskając jego ramię, - nie decyduj za niego. Jeśli będziesz czegoś potrzebował, dzwoń. A na razie do zobaczenia do czwartku - czyli do spotkania z Ellie,
- Ta, do czwartku - odmruknął w odpowiedzi.
Zostawiła go samego. Deadpool stał jeszcze chwilę przyglądając się przez oszklone drzwi bezwładnemu ciału Petera. Walczył z instynktem nakazującym mu zostać tu kolejne godziny, czuwając nad łóżkiem, jak ten się obudzi, ale kłębiło się w nim tyle uczuć, że jedyne, czego chciał to odetchnąć świeżym powietrzem, wziąć prysznic i... i pilnować chłopaka. Nawet nie zauważył, kiedy palcami bezwiednie powędrował do miejsca na szyi, w którym ugryzł go Peter. Ślad już zdążył się zagoić, ale Deadpool już został uziemiony. Miał nadzieję, że go to nie zniszczy.
Nie mówmy o katanach Wade'a, nie wiem, gdzie się zgubiły.
Iiiiiiiiiii będą kolejne części <3 Tak na 100% Tytuł przyjdzie z czasem
Niesamowita
Dżumaka
7 komentarzy:
Etykiety:
Fanfik,
Marvel,
One-shot,
Spideypool
Subskrybuj:
Posty (Atom)