Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Larry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Larry. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 26 listopada 2012

Larry: 3

Właśnie wypadał czwarty czwartek listopada. Powoli nasz dom wypełniała rodzina, z którą tak długo nie miałem kontaktu. Tęskniłem - za babcią, siostrą, kuzynostwem, a przede wszystkim Dusty (moim kotem). Nie odczuwałem takiej tęsknoty, aż do chwili, gdy nie zobaczyłem ich wszystkich w domu.
Część rodziny przyjechała do nas tylko na jeden dzień, jednak reszta zamieszkała u nas. Liam musiał oddać swój pokój i przez 3 noce dzieliliśmy łóżko. Wiedziałem, że ta sytuacja go krępuję, ale nie ułatwiałem mu - wręcz przeciwnie. Chciałem, by zapamiętał te święta.
Poza przyjemnymi wspomnieniami, odzyskaniem kota i wzmocnieniem więzi z moim przyrodnim braciszkiem, zyskałem także zbędne kalorie, które musiałem jakoś spalić. I tak płynnie z Dnia Dziękczynienia przeszliśmy do Czarnego Piątku, który moja matka tak uwielbia. Zaciągnęła mnie ze sobą, jako darmową siłę roboczą, do miasta obok na zakupy otwierające okres przedświąteczny. Wróciliśmy z pierwszymi ozdobami do naszego domu.
Jednak koniec przerwy przyjąłem z ulgą. Było miło, ale powoli zaczynałem mieć dość. Gdy siedzi się cały czas w domu, rodzina ma więcej wymagań. Gdy chodzi się do szkoły, zawsze można je zbyć nauką - przynajmniej u mnie to tak działa. No i po wyjeździe rodziny znowu mogłem chodzić po domu nago.
Spadł też pierwszy śnieg. Zima zaczęła się szybko i efektownie. Po długim weekendzie szliśmy do szkoły przez śnieg sięgający średnio powyżej kolan. Drogi pozostawały nieoczyszczone. To była pierwsza zima w Forest Seclusion bez odśnieżarki pana Foxa. Mężczyzna wyprowadził się wiosną do swojej rodziny przy okazji zabierając swoją machinę. Szkoda.
Swoją drogą myślałem, że w szkole będzie o wiele mniej uczniów niż zwykle, ale myliłem się. "U nas taka zima jest zawsze, trzeba przywyknąć" - tak stwierdziła Daniel.
Powrót do szkoły, na szczęście, obył się bez ataku na moją osobę. Zdziwiło mnie to... a raczej zaniepokoiło. Louis nawet na mnie krzywo nie spojrzał, zachowywał się tak, jakby mnie nie było...
- Co się tak patrzysz na Tomlinsona, Hazza? - Margaret zasłoniła mi mojego wroga.
- Zakochałeś się? - zaśmiała się Laura.
Zapowietrzyłem się.
- Tomlinsona nie da się kochać, złotko - wygruchałem po chwili, zerkając na Liama. Zdenerwowany. Że tyle wystarczy, by się zaczął martwić. - Nie to, co mojego kochanego brata, prawda Daniel?
- Hazza! - pisnęła paląc buraka.
Uwaga została ode mnie na chwilę odciągnięta. Przeciągnąłem się i westchnąłem głęboko. Na chwilę moje oczy zetknęły się z parą niebieskich. Uśmiechnąłem się krzywo i wróciłem do nabijania się z Liama i Daniel. A jednak Księżniczka o mnie nie zapomniała.
Nadszedł piątek. Po trzech dniach oczekiwania na atak ze strony bożyszcze szkoły, dałem sobie spokój. Skupiłem się na moich fankach, których było coraz więcej. Każda chciała przystojnego, szarmanckiego i niedostępnego. Grunt to dobra samoocena i pewność siebie. W swojej szafce znajdowałem coraz więcej liścików miłosnych. Co jakiś czas czytałem je z Niallem dla zabicia nudy. Niektóre dziewczyny podchodziły do mnie, bez uprzedzenia zapraszając na randkę. Były dzikie. Zbywałem je brakiem czasu, tym, że wcale się nie znamy i subtelnym "może kiedyś" lub po prostu tym, że już znalazłem potencjalną dziewczynę, tylko muszę ją zdobyć. W ostatnim przypadku podejrzenia padały na którąś z bliźniaczek, bo zawsze trzymaliśmy się razem.
Teraz moje fanki miały szansę, by odżyć. W piątek po basenie moja szafka była pusta. Wkurzyłem się. Został tylko identyfikator, ręcznik i bokserki. Tomlinson posunął się do podkradania mi ubrań. Po sprawdzeniu, czy koledzy z klasy nie mają mi nic do pożyczenia, zacząłem wydzwaniać po kolei do mojej "paczki". Niall zwolnił się 3 godziny temu, by pojechać do dentysty w sprawie aparatu - zadzwoniłem, ale nie odbierał. Liam odważył się zaprosić Daniel na randkę - kulturalnie nie powinienem przerywać, ale mus to mus - nie odebrali. Zostały bliźniaczki, a dokładniej Margaret, bo była jeszcze w szkole. Nie odebrała, ale po krótkiej wymianie sms'ów stwierdziła, że będzie za 5 minut. Idealnie by wziąć szybki prysznic. Zdążyłem. Gdy wychyliłem się z szatni w samym ręczniku, usłyszałem piski i zauważyłem idącą do mnie blondynkę. Podała mi ubrania i znad jej ramienia, mógłbym przysiąc, że zobaczyłem zmieszanego buca. Szybko zniknął. Podziękowałem bliźniaczce i zostawiłem ją na pastwę szalonych dziewczyn. Przebrałem się i ruszyłem do domu. Zastanawiałem się, co Buc zrobił z moimi rzeczami.

środa, 3 października 2012

Larry: 2

- Tutaj jesteś?
Uśmiechnąłem się pod nosem wyciągając koszulkę spod strumienia ciepłej wody.
- Tutaj nic nie zdziałasz, upierzesz ją w domu.
Liam podszedł do mnie patrząc znad mojego ramienia na plamę.
- Niall nie żartował.
Pozwoliłem sobie na niego spojrzeć. Miał lekko ściągnięte brwi.
- Chodź, mam koszulę w szafce.
Zakręciłem jeszcze wodę i ruszyłem za braciszkiem. Podczas lunchu mało osób kręciło się po korytarzu, ci nieliczni przyglądali mi się zaciekawieni. Szedłem za Liamem potulnie, w rękach ściskając mokry materiał. A tak lubiłem tą koszulkę. Zerknąłem z żalem na ciemną plamę.
Zemsta za moją biedną latte? Hmpf.
Dziś czwartek, nie lubię czwartków. Są dla mnie pechowe. Bezpośrednio kojarzy mi się z liczbą cztery. Cztery. W jakiejś kulturze uważana za liczbę nieszczęśliwą, przynoszącą śmierć. Nostalgicznie, nie?
Liam wyciągnął ze swojej szafki granatową koszulę w kratkę i rzucił mi ją. Podziękowałem cicho. Zabrał jeszcze ofiarę zamachu i zatrzasnął drzwiczki z furią. Nawet nie zerknął w lusterko.
- Księżniczka? - burknął odwracając się do mnie przodem.
- Uhum - przytaknąłem ubierając się.
Skóra na klatce piersiowej była zaczerwieniona. Buc mnie poparzył. Zniewaga. Oblał mnie kawą, udał przestraszonego, potem na jego buźce wykwitł wredny uśmieszek i odszedł. Normalnie jestem pacyfistą, ale z chęcią przetarłbym jego twarzą po chropowatej ścianie lub papierze ściernym. Mocno.
Ach, muszę odetchnąć i się zdystansować. W końcu, to może nie być ostatni numer księżniczki. Jakie "może"? To na pewno nieostatnia złośliwość, jaką mi zaserwuje.
- Przez wypadek wylał na mnie kawę - przewróciłem oczami prychając. - Czyżby to była zemsta? - nachyliłem się do niego przemawiając konspiracyjnym szeptem rozglądając się na boki.
- Harry - moje zacne imię zabrzmiało tak boleśnie, jakby mu ledwo wyszło z gardła. - To dopiero pierwszy tydzień szkoły i już... - westchnął nie kończąc. - Wiesz o co mi chodzi? - wycelował spojrzenie cielaczka prosto we mnie.
- Bardzo dobrze wiem - odparłem zerkając na podłogę. - Nie martw się, tu nie będzie tak, jak tam.
- Oby, Harry - uśmiechnął się do mnie słabo.
Liam jest nadwrażliwy, cholernie opiekuńczy i empatyczny. Nie chcę, by znowu przeżywał moje problemy, które w sumie odbiły się na nas w bardzo zbliżonym stopniu.
- Chodźmy coś zjeść - wyszczerzyłem się do niego.
Skwitował to lekkim wykrzywieniem warg i poszliśmy. Kolejki już nie było. Grupy księżniczki także. Natomiast nasza była i zajmowała stolik przy dużym oknie.
Będę ignorować tego pajaca. Nie chcę, by jeszcze dziewczyny i Niall obrywali za mnie. Tak, nie popełnię starych błędów. Chyba na tym polega po części człowieczeństwo - rozwijaniu się i wyciąganiu wniosków.
Wzięliśmy jedzenie i usiedliśmy przy stoliku. Dziewczyny jeszcze powrzucały przy mnie na buca - tak na pocieszenie - a potem rozmowy przeszły na inny (przyjemniejszy) tor.
Lekcje minęły spokojnie, trąciło od nich zwyczajną nudą, nie ma, co się rozpisywać.
Ostatni dzwonek, koniec lekcji.
Dzisiaj Niall szedł do mnie. Ponoć świetnie gra na gitarze, więc zmusiłem go do prywatnego koncertu. Dlaczego nie u niego? Bo moje domostwo było puste - rodzice w pracy, Liam miał jakiś wypad integracyjny z jakąś grupą - i mam arcypotrzebną gitarę. Kiedyś chciałem się nauczyć grać, ale nie jestem zbyt ambitny, więc nic z tego nie wyszło. Stroję ją tylko, co jakiś czas, i czyszczę.
Pod domem niechętnie zerknąłem na auto księżniczki. Buc naprawdę mieszkał naprzeciwko. Miałem nawet okno wychodzące na jego. I buc ma dużo sióstr, bo aż 4... w każdym razie, tylu się doliczyłem.
W przedpokoju opatuliło nas przyjemne ciepło. Pomimo że ledwo skończył się wrzesień, w Forest Seclusion jest już chłodno.

I tak spokojnie upływały tygodnie na tym zimnym zadupiu. Monotonię niszczyła nieregularnie lądująca na mnie kawa, czy jakaś inna ciecz. Przez łażenie po szkole bez koszulki nabawiłem się  kilku uwag i wielu fanek wśród dziewczyn - Tomlinson pluł sobie za to w brodę. Jednak czekałem na moment, gdy zmieni taktykę maltretowania mnie, gdyż ta nie odnosi żadnych sukcesów, albo całkowicie zniesie swoją działalność. Chwilę spokoju odzyskałem na początku listopada, gdy buc przestał pojawiać się w szkole. Szeptano, a elita milczała jakoś mniej "przebojowa" niż zazwyczaj.

sobota, 14 lipca 2012

Larry: 1

Huk, krzyk, cisza... Podszedłem do schodów i spojrzałem w dół. Na panelach leżał Liam. Westchnąłem i powstrzymując złośliwości zbiegłem do niego.
- Wszystko w porządku? - podałem mu rękę, którą z chęcią przyjął.
- Taa - mruknął masując się po tyłku - Nie jestem brudny?
- Nie wiem - buruknąłem i ruszyłem do kuchni.
Pustak. Nawet nie podziękował, tylko pobiegł szybko na górę. To już jego 9 wywrotka w ciągu tego tygodnia. Chyba niezdarność odziedziczył po matce - nie znam kobiety, więc tylko snuję domysły.
Jednak skupiając się na mnie. Moje nowe łóżkuo okazało się być tak strasznie wygodne, że nie miałem ochoty z niego wychodzić... około 70% dotychczasowego pobytu tutaj przespałem. W tych pozostałych 30% znalazły się krótkie przerwy w spaniu, pomoc w ustawianiu nowych mebli, wizyta w szkole i wyjście na miasto. Tak, Payne'owi jakimś cudem udało się wyciągnąć mnie z domu.
W kawiarni poznaliśmy (przez moje loczki) Nialla, Danielle i bliźniaczki: Laurę i Margaret. Spędziliśmy z nimi kilka godzin i było, jak na mój gust, za słodko. Wiecie, raczej do wszystkiego podchodzę sceptycznie, a przeczucie rzadko mnie myli. I stało się - już 4. dnia pobytu zyskałem sobie nowego wroga nr 1. Louisa Tom-coś tam i resztę jego elitki (możliwe, że bonusowo dojdzie jeszcze jego rzesza fanek). Wpadł na mnie bezceremonialnie i moja biedna latte wylądowała na jego koszuleczce w paseczki. Do furii księżniczki brakowało tylko płaczu i tupania nogą. Z kolesiem naprawdę było coś nie tak. W końcu ogarnęła go jakaś towarzysząca mu brunetka, jak się później dowiedziałem - jego dziewczyna, Eleonor. Jak już sobie poszedł, to Liam kupił mi nową kawę. Potem już tylko dziewczyny opowiadały mi o księżniczce i jego wybrykach. Przez następne 3 dni, aż do dzisiaj, użalałem się nad swoim losem.
Żart. Spałem w przerwach wyciągając z szafki zbunkrowane jedzenie. Dopiero dzisiaj zmusiłem się do jakichś głębszych przemyśleń na temat tego buca. Było z niego ziółko, ale podobno w większości akcji wyręczał się jakimś palestyńczykiem, drugim królem szkoły. Elita sama wskazuje poziom zadupienia tej nory. Najwyżej nie będę się rzucał w oczy i jakoś przejdę przez te 2 lata. Czemu tylko 2? - Koleś chodzi do drugiej klasy... chociaż rocznikowo zalicza się do 3.Po miasteczku krąży masa plotek, dlaczego właśnie tak jest - przyjechał tu dopiero kilka lat temu. Swoją drogą nie wiem, po co to rozdrabniać. Pewnie nie chciał kiblować w tej samej szkole, jest ukochanym brzdącem rodziców, a ci zgodzili się na przeprowadzkę. Dlaczego to skojarzyło mi się z moją skromną osobą? Nieważne.
Dokończyłem stojące na kuchennym blacie płatki i zadowolony z siebie umyłem ząbki. W obu łazienkach zostawiłem sobie szczoteczki - lubię mieć swobodę. Przeczesałem jeszcze włosy i teraz zdołowany patrzyłem na busz na mojej główce. Najczęściej kochałem moje loczki, ale właśnie nadszedł czas na nienawiść. Naelektryzowały się. Szybko zmoczyłem dłonie i przyklepałem je. Gdyby Liam zobaczył mnie w takim stanie, nie obyłoby się bez rechotu i kilku komentarzy, które przestałem tolerować pół roku temu.
- Harry! Moje płatki! - z kuchni dobiegł mnie żałosny wrzask.
Czyli Liam był gotowy i mogliśmy już wychodzić.
- Zbieraj się, twoja miłość nie będzie czekać wiecznie, a co dopiero straszny smok! - wypadłem z łazienki na korytarz dramatycznie machając rękoma. - Gotowy? A gdzie twa zbroja i biały rumak?
- Zbroję zaraz przywdzieję, a biały rumak przyjeżdża za 8 minut. Nie martw się mój wierny pachołku, zdążymy uratować księżniczkę!
- A nasza strawa, mężny rycerzu? - spytałem zakładając ciepłą bluzę.
- W mojej sakwie - wyszczerzył się otwierając drzwi. - Wychodzimy, mamo!!
Skrzywiłem się, czemu on zawsze ryczy tak głośno i kiedy drzwi są otwarte? Eh. Wyciągnąłem go na ganek i odetchnąłem, ruszając do furtki. Niebo było czyste, bez żadnej chmurki, słońce oślepiało, ale obiecującą pogodę psuł silny i na nieszczęście mroźny wiatr.
- Moja grzyweczka - z tyłu dobiegały mnie piski Liama.
- Mężny rycerzu, nie przystoi ci obnosić się ze swoją zniewieściałą naturą poza zamkiem.
- Wiesz, co czeka zbyt spoufalających się pachołków?
- Może pokażesz mi wieczorem w twojej komnacie, rycerzu - spojrzałem mu prosto w oczy oblizując wargi.
- Harry! - pisnął przerażony.
- Hahahha, zgryw, nie tknąłbym cię - wyszczerzyłem się.
- Zboczeniec - burknął po nosem - nie doceniasz prawdziwego piękna.
- A chcesz, żebym docenił? - uniosłem brew uśmiechając się do niego krzywo.
- Owszem. Z daleka.
- Zasmucasz mnie - jęknąłem i pomachałem do grupki stojącej na przystanku.
Śmiechy, rozmowy o nauczycielach, szkole i sobie - na tym minęła nam cała droga do szkoły, czyli na całych 2 przystankach śmiesznie blisko siebie, jakby ustawionych na siłę. Jak będzie cieplej, na pewno będziemy sobie do szkoły chodzić na piechotę.
Jak na takie zadupie szkoła była duża i zadbana. Dziewczyny i Niall odprowadzili nas pod sekretariat i grzecznie na nas czekali. Odebraliśmy swoje plany. Niezastąpiona grupka pokazała nam wszystkie sale i bibliotekę, łatwo było zapamiętać, gdzie, co jest. Były tu tylko 2 piętra, z czego na 2. było o wiele mniej klas niż na 1. I tak zapisałem sobie na planie, gdzie jest odpowiednia klasa, mimo, iż Niall twierdził, że i tak się z nim nie zgubię.  Czy już wspominałem, jak uwielbiam tego Irlandczyka? Mamy ten sam plan... każda lekcja z blondynem - aż się łezka w oku kręci ze szczęścia. Nawet szafki mamy blisko siebie.
Dzień mijał spokojnie, nigdzie nie widziałem szkolnej elitki, o której w autobusie także się nasłuchałem. Czy mnie to smuci? - nie. Wywołuje to u mnie nawet jeszcze większy uśmiech. Dziewczynki patrzyły na mnie ciekawie, nauczyciele nie byli tacy źli, jak przypuszczałem, Nialler jest świetnym towarzyszem, jedzenie na stołówce nie wygląda na podejrzane, więc możliwe, że nie będziemy przynosić ze sobą drugiego śniadania... I nikt nie patrzy się na mnie krzywo, czy z niesmakiem. Niewiedza innych czyni cuda. Na razie wszystko jest świetnie, niemal idealnie. Pozwalam sobie obudzić duszę optymisty, ale oczywiście nie na długo.
Ostatnia minuta, większość klasy ze wzrokiem maniaka obserwuję ruch wskazówki zegara, tylko tej jednej. A ja z Niallem podżeramy ciasteczka, które niedawno wyciągnął z kieszeni bluzy. On wszędzie gdzieś trzyma jedzenie i ma bezdenny żołądek... dobrą przemianę materii też. W końcu rozległ się dzwonek, wszyscy wylali się na korytarz, jak najszybciej sunąc do swoich szafek. My postąpiliśmy tak samo.
Przed szkołą już czekały dziewczyny z wielce ucieszonym Liamem. Gadu-gadu, nic ciekawego się nie działo. Jeśli każdy dzień ma tak wyglądać, to taka monotonia mi odpowiada. Rozdzieliliśmy się na przystanku, obok był park i mały sklepik. Ruszyłem z Liamem do domu wymieniając się relacjami. Braciszek wpadł niezwykle szybko - co chwilę z jego ust wypadało imię naszej tancerki Danielle. Biedny.
Właśnie staliśmy przed furtką. Liam nie mógł nigdzie znaleźć kluczy. Już miałem zaproponować, żebyśmy po prostu przeskoczyli przez nią, ale moją uwagę odwróciło parkujące po przeciwnej stronie ulicy Audi. Ale jakie? Nie pytaj geja. Wystarczy, że srebrne z przyciemnionymi szybami. Dyskretnie gapiłem się w samochód, czekając, aż właściciel ukaże w końcu swoje oblicze. Jakże się zdziwiłem, gdy z środka wyskoczył ten buc w asyście Zayna (tak palestyńczyk się nazywał) i swojej dziewczyny. Zanim nas zauważono Liamowi udało się znaleźć kluczyk. Szybko i bezproblemowo dostaliśmy się do ciepłego domu.
Dlaczego księżniczka mieszka naprzeciwko? Świat jednak nie może być idealny, tylko ukarał mnie takim sąsiadem? Zawsze była możliwość, że nie on tu mieszka, ale w końcu to w jego dłoni tkwiły klucze.

wtorek, 3 lipca 2012

Larry: Prolog

Ciemno, coraz ciemniej. Od kilku dni niezmiennie siedziałem oparty policzkiem o szybę. W pierwszej części podróży podziwiałem brytyjskie drogi, potem już te amerykańskie. Jedynym pocieszeniem było nadchodzące zmęczenie i niesamowity głos Chrisa Martina. Spać. Po raz kolejny zasnąłem w tak niewygodnej pozycji.
Bum. Na głowę spadł mi plecak Liama, po raz setny budząc mnie podczas naszej małej podróży. Miałem cholernie dość. Cisnąłem go pod nogi przydeptując. Co z tego, że Payne będzie się później fochał jak księżniczka? Mówiłem mu już, że ma coś z nim zrobić. Wyżyłem się i odetchnąłem. Wyciągnąłem z prawej kieszeni spodni telefon. Grubo po północy. 
- Collin, ile jeszcze? - przywarłem do fotela kierowcy gapiąc się na GPS. 
- Powinniśmy być na miejscu nad ranem. 
- Nad ranem? - ziewnąłem mu do ucha. 
- Około 8? - uśmiechnął się. Widziałem w lusterku. 
Westchnąłem i ponownie walnąłem się jak król na tylnym siedzeniu. Nie wiem, czy w takim ścisku można wyglądać po królewsku, ale starałem się budzić majestat. Zerknąłem jeszcze na mojego ślicznego braciszka i udałem się w krainę Morfeusza. W aucie tylko Collin nie spał. Podziwiałem gościa. Potrafił jechać trzeźwo kilka dni z rzędu bez odpoczynku, tylko na czarnej kawie mojej mamy. No i nadal potrafił się szczerze uśmiechnąć. Idealny mutant dla mojej mamy.
Bum. Zaraz ktoś pozna ból trepanacji in vivo. Otworzyłem oczy i już miałem wywalić ten pieprzony plecak za okno, a sam rzucić się na Liama, ale przedmiotu nienawiści brakowało, a braciszek zniknął. Rozejrzałem się zdezorientowany, a cała złość uleciała. 
- Harry~! Jesteśmy już na miejscu! - przez szybę niebezpiecznie uśmiechała się do mnie mama. Buchało od niej optymizmem. Otworzyłem drzwi i wytoczyłem się na ulicę. Nogi pode mną szybko się ugięły i siłą woli jakoś ustałem. Jęcząc wyciągnąłem się i stanąłem w miarę prosto. 
- To gdzie ten dom? - zerknąłem na wyciągającą rzeczy z bagażnika mamę. 
- Stoimy na jego podjeździe, Harry - zaświergotała w połowie zanurzona w bagażniku. Westchnąłem i zacząłem jej aktywnie pomagać. W odpowiednim momencie z domu wyszedł pan Payne z synem. Collin podszedł do mojej kochanej mamusi i obejmując ją w pasie ucałował z pasją. Liam oparł się na mnie wietrząc zęby. 
- No loczek, jak ci się podoba dom? 
- Nie widziałem go jeszcze w środku - odburknąłem.
- To nawet nie chodzi o wnętrze, Harry! - pisnął wydymając wargę. - Spójrz na okolicę, ogródek, dachówki, okna... - zaczął machać łapkami na prawo i lewo wczuwając się. 
- Jest uroczo - przerwałem mu uśmiechając się lekko.
- To chodźmy się urządzić! - jego infantylizm postępuje, czy to ja robię się coraz bardziej zdziadziały?
Przeszliśmy przez bramę i ruszyliśmy do drzwi. Potknąłem się o próg i stanąłem w dużym przedpokoju. Na razie jeszcze czystym - 2 dni egzystencji i będzie syf. Stąd ogarnąłem już kuchnię i salon, schody na piętro i korytarz. Ponoć na dole była jeszcze jadalnia, łazienka i gabinet Collina; na piętrze same sypialnie i wejście na strych. W moim starym domu miałem fajnie urządzony strych i uwielbiałem tam spędzać czas... tutaj też tak będzie. Znieśliśmy wszystkie walizki. Mebli jeszcze nie było, miały przyjechać jutro. Mieliśmy jedynie jakiś stary piekarnik, mikrofalówkę i lodówkę, 2 materace i urządzone łazienki. Czuję, że dzisiejsza noc z Liamem będzie niezwykle gorąca - braciszek zajmował za dużo miejsca doprowadzając mnie do pasji. Nienawidzę go, a zarazem kocham. Ah, te rodzinne więzy! Nie mogę dać mu tej satysfakcji ze niszczenia mi nocy. BTW rodzice postanowili zabrać nas na obiad gdzieś do centrum... jeśli to w ogóle ma centrum. W końcu to zwykłe, malutkie miasteczko odgrodzone od świata puszczą. Wspominałem, że wszędzie tu są drzewa, krzaki i ładnie skoszone trawniki, a najbliższe miasto jest 8 kilometrów stąd? Nie? To już tak. Może podchodzę zbyt sceptycznie, w końcu sam tego chciałem - odcięcia się od metropolii i odetchnięcia... a pozostali się zgodzili. Zostawili dla mnie wszystko. Nawet Liam skrzętnie ukrywał smutek po rozstaniu z dziewczyną. No może siostry nie pojechały z nami. Zostały w Londynie ciesząc się studenckim życiem. Kot też... tzn. został u babci w Holmes Chaple. Będę musiał sobie jakiegoś adoptować. Kupić książki też muszę. Za niecały tydzień zaczyna się rok szkolny. Uh, na razie ściągnąłem z siebie koszulkę i spodnie. Miałem już serdecznie dość tych przepoconych ubrań. Wbiłem jeszcze po chamsku pod prysznic i ignorując rodzinne obowiązku poszedłem spać. Walić wypad do quasi-centrum - hibernuję do jutra.  

czwartek, 28 czerwca 2012

Przebieranki z Larrym.

Fandom: One Direction/1D
Pairing: platonicznyHarry/Louis, Eleonor/Louis, Larry - Louis/Harry
Ostrzeżenie: łagodne(?) sceny, poniżenie, depresyjne, angst.
N: One-shot'em nie miałam na celu ośmieszyć Harrego, czy nawrócić przeciwko Eleonor. Tak wyszło ^^

Zespół One Direction szczęśliwie zakończył trasę po Europie i mógł w końcu odetchnąć. Członkowie zespołu czerpali jak najwięcej z czasu wolnego - odwiedzali swoje rodziny, znajomych z "poprzedniego życia", przesiadywali w domu, wychodzili na miasto. Teraz spędzali czas w ich wspólnym salonie w domu na przedmieściach Londynu. Niall opychał się ukochanymi muffinami, Liam trzymał na kolanach wtuloną w niego Danielle, Zayn wychwytywał swoje odbicie w ekranie plazmy, Louis rzucał żartami na prawo i lewo obejmując ręką Eleonor, a Harry siedział. Siedział i śledził z uwielbieniem każdy gest najlepszego przyjaciela. Eleonor to irytowało, nie lubiła chłopaka z wzajemnością. Tylko ze względu na swojego chłopaka była dla Styles'a względnie miła... no chyba, że nikogo nie było w pobliżu.
- Hej, co się stało? - drgnęła, gdy usłyszała szept Louisa przyciskającego go mocniej do swojego boku.
- Nic, misiu - uśmiechnęła się przesłodko wtulając się mocniej w jego bok. Nie zapomniała oczywiście o jadowitym uśmiechu w stronę Harrego, na który chłopak zmarszczył nos zniesmaczony i odwrócił wzrok. Nienawidził dziewczyny i nie rozumiał, co takiego widzi w niej jego Boo Bear.
- Ej, może wyjdziemy do Nando's? - rzucił Niall ot tak, konsumując ostatnie ciastko.
- Dobry pomysł - odparł Liam ku zdziwieniu blondyna.
- Naprawdę? - niebieskie oczy błysnęły radośnie, gdy towarzysze pokiwali głowami.
- Ja zostanę w domu - mruknął Harry układając się wygodniej w fotelu.
- Loczku, kwiatuszku, chcesz mnie zostawić samego na pastwę fanek? - Louis ułożył usta w podkówkę patrząc na niego żałośnie.
- Wybacz, kochanie, ale jestem zmęczony - uśmiechnął się do niego nikle.
- No widzisz, w takim razie ja cię obronię - brunetka przycisnęła się do jego ramienia składając mokrego buziaka w policzek.
Harry z nienawiścią w oczach zgromił poduszkę mieląc pod nosem kilka przekleństw. Przyjaciele szybko zaczęli się zbierać. Harry obserwował ich wtedy uważnie, gdy wychodzili rzucił im ciche "cześć" i uśmiechnął się do siebie szeroko. Gdy z zewnątrz dobiegł go dźwięk odpalanego silnika, pisk opon i rozbawione okrzyki, wstał i ruszył biegiem na górę. Miał teraz około 2 godzin do wykorzystania, a znając troskliwość Liama, ten zadzwoni do niego, gdy będą wracać. Przeskoczył szybko schody i bez wahania otworzył drzwi pokoju Louisa. Stanął zdenerwowany w progu zagryzając mocno wargę. Co ta szmata sobie myśli? Wszędzie walały się jej ubrania. Każdy metr kwadratowy był przez nią zajęty. To jego rzeczy powinny tu leżeć a nie jej. To on powinien spać w tym łóżku przez najbliższe 2 tygodnie, a nie ta suka. Nienawidził jej, nienawidził jej z całego serca. Ona o tym wiedziała i jeszcze bardziej podsycała ogień. Przez ostatnie noce nie mógł przez nią spać. Cholerna dobierała się do biednego Lou całą noc perfidnie głośno wyjąc jego imię. Harry wtedy płakał - co innego miał robić? Całą noc wtulał się w poduszkę nieudolnie próbując powstrzymać potok łez. Nawet muzyka głośno sącząca się ze słuchawek nie mogła zagłuszyć tych okrzyków. Czuł się wtedy zdradzony i poniżony. Co takiego ta kurwa miała? Gdyby nie Boo Bear, byłaby nikim.
Wszedł do pokoju szybko otwierając szafę. Nie będzie zakładał tych szmat leżących na ziemi. Łatwo odróżnił rzeczy tej wiedźmy od tych jego ukochanego. Wyjmował jej rzeczy po kolei, na szczęście chociaż w szafie miała wszystko starannie poukładane, więc nie miał problemu z zapamiętaniem ich ułożenia. Pomimo, że był pewny swojego działania, nie chciał, by ktokolwiek dowiedział się o tym, co teraz właśnie robi - przecież to nie było normalne. Sam widział, że się stacza, ale co z tego? Odpychał tą myśl daleko coraz bardziej koncentrując się na nienawiści do Eleonor i popadając w obsesję.
Z trudnością wcisnął się w jej spodnie, ale zapiął się. Stwierdził, że najwyżej będzie miała je trochę luźniejsze niż zwykle. Popatrzył w lustro i nadal nie rozumiał, co Louis widzi w tej lafiryndzie. Był od niej o niebo lepszy. Wiedział, że Boo Bear'owi nie przeszkadza płeć, że jest biseksualny. Mógłby się nawet pogodzić z tym, że Lou jest z kimś innym - ale tylko pod warunkiem, że ta osoba byłaby kimś wyjątkowym. Dobrym, troskliwym, kochającym go z całego serca. Ta maszkara tego nie zapewniała, a on? On dałby mu wszystko, więc czemu wolał tą idiotkę?
Nie zauważył nawet, gdy po jego policzkach zaczęły spływać łzy. Po prostu mechanicznie, jak w transie, przebierał się - rzecz, po rzeczy. Gdzieś głęboko, zza mgłą bezradności, tliła się myśl, że powinien przestać, że już dawno przekroczył granicę. Jednak zazdrość, bezsilność przyćmiewały mu wszystko. Był teraz jak ślepiec. Stał przed lustrem, pustym wzrokiem badając swoje odbicie. Jego tors opinała ciasno bokserka, na pośladkach zaciskała się jeszcze nie naciągnięta do końca plisowana spódniczka. Nic do niego nie docierało, stał płacząc nieprzerwanie, wzmagając w sobie złość. Ruszył się dopiero po chusteczki leżące przy łóżku, starł łzy z policzków i wysmarkał nos. Nienawidził jej. To przez nią tak nisko upadł. Gdyby nie ona, to wszystko byłoby dobrze. Przez nią był teraz taki paskudny, nie był starym Harrym Stylesem. Stworzyła jego marny cień, stłamszoną podróbkę pełną negatywnych emocji. Jeszcze raz pusto przejrzał się w lustrze: zaczerwienione i szklące się oczy, wypieki, opadnięte loki, brak emocji na twarzy, rezygnacja. Nie usłyszał nawet, jak przed domem zatrzymuje się auto, jak ktoś dzwoni do drzwi, a potem z rezygnacją szuka klucza, potem jak ten klucz obraca się w z charakterystycznym dźwiękiem w zamku, drzwi zamykają się z trzaskiem, osoba woła go głośno, a po chwili rusza po schodach wprost do niego.
Drzwi za nim otworzyły się szybko, ukazując mu w lustrze roześmianą twarz Lou. Niezwykle szybko zmieniła swój wyraz na zdezorientowany, a nawet przerażony. Sam Harry miał ochotę zapaść się pod ziemię, uciec i skończyć ze sobą jak najszybciej, najlepiej rzucając się do Tamizy. Tyle myśli i uczuć teraz się w nim kotłowało. Jednak można było w tej chorej plątaninie odnaleźć myśl przewodnią, a może raczej takie życzenie: "Oby Eleonor tu nie było". Harry już miał zamiar zerwać się do biegu i prześlizgnąć się do swojego pokoju, ale nogi się pod nim ugięły, gdy usłyszał donośny śmiech. Kochał śmiech Louisa i mógłby się wsłuchiwać w niego godzinami, ale ten, którym go obdarzył, był chory, przepełniony pogardą, łamiący go na małe kawałeczki. Do oczu napłynęła nowa dawka łez, warga zadygotała niebezpiecznie, a pięści zacisnęły się na materiale spódniczki. Z ukochanych ust Harrego zaczęły padać oszczerstwa i kpiny, pod którymi chłopak wciąż się kurczył. Nie mógł się ruszyć wsłuchując w bolesność słów przyjaciela. Przyjaciela? Czy przyjaciel mówi takie rzeczy? Nie. Takich słowa nie powinny wypłynąć z niczyich ust, nawet tych największego wroga. I tak podłamana już psychika Harrego legła w gruzach. Jej fundament, jaką była miłość do Louisa, okazała się być grzęzawiskiem, w którym dane jest mu utonąć. Teraz nie miał już nic, czuł się jak porzucona, szmaciana lalka. Jego serduszko rozpadło się na kawałki, które trudno będzie złożyć.
- Harry, Harry... - z transu wybudziły go palce mocno wbijające mu się w ramiona. - Ja nie chciałem... Nie wiem, co we mnie wstąpiło - Tomlinson szeptał mu do ucha, przytulając mocno. - Ja... mnie... Nie powinienem się na tobie wyżywać. Wyprowadzono mnie z równowagi... i teraz, jak tu wszedłem, to... to tak wyszło i ja... przepraszam - pocałował go w czoło przyciskając jego głowę w swoje ramię. - Ale dlaczego, Hazza? Czemu to zrobiłeś? - spytał coraz bardziej zniżając głos. Dla niego sytuacja też nie była łatwa.
- Bo jej nienawidzę! - warknął mu w w mokre ramię odpychając się od niego. - Kochasz ją, darzysz uczuciem, na które nie zasługuje! Ona nie jest ciebie warta, wykorzystuje cię, a ty tego nie widzisz! Na każdym kroku rzuca mi jadowite spojrzenia, których nikt nie widzi... gdy zostajemy sam na sam jest jeszcze gorzej - przetarł ręką mokre policzki patrząc na Louisa z rozpaczą. - Ja nie wiem, co w niej widzisz... W czym ona jest lepsza ode mnie?! - na ostatnie zdanie oczy Lou rozszerzyły się w szoku. Wszystko stało się jasne, a jego serce wypełniło ciepło.
Chłopak szybko pokonał odległość dzielącą go od Loczka i gwałtownie łapiąc go dłońmi za policzki połączył ich usta w delikatnym muśnięciu. Mimo, że był to delikatny dotyk, Harry omal nie zachłysnął się powietrzem. Od kiedy poznał Lou marzył o czymś nawet tak banalnym. Jednak to było dla niego za mało. Złapał go za tył głowy przyciągając do pocałunku. Rozsunął językiem jego wargi, by począć badać wnętrze ust Lou. Po chwili pocałunek zdominował starszy popychając przy tym Harrego na łóżko. Przygwoździł go do materaca swoim ciałem, jedną ręką podciągając ciasną bokserkę do góry, a drugą zajmując się loczkami chłopaka. Trwali w pocałunku powoli się o siebie ocierając. W międzyczasie Harry przełożył dłonie z głowy ukochanego na jego pośladki, wsuwając je bezczelnie pod jego bokserki. Z umiłowaniem ugniatał je przyciskając mocniej do swojego krocza. Louisa pobudziło takie działanie, oderwał się od ust młodszego, schodząc delikatnymi pocałunkami na jego szczękę, szyje, a w końcu na sutki, które przegryzał wsłuchując się w głośne jęki i piski chłopaka pod nim. Ich erekcje już były dawno wyczuwalne.
- Haazza~ - Louis podciągnął się na rękach, by cicho jęknąć do jego ucha. Chłopaka przeszły dreszcze.
- Chcesz to zrobić, prawda? - w odpowiedzi dostał jedynie stęknięcie i mocniejszy ucisk na pośladkach. To mu wystarczyło. Odsunął się od niego szybko pozbywając garderoby i zamykając drzwi. Gdy odwrócił się w stronę łóżka chłopak leżał już nagi czekając na niego. Przełknął z trudem ślinę. Był przyzwyczajony do nagości Harrego, w końcu ten ciągle latał po domu z gołym tyłkiem, ale nigdy nie wyglądał, aż tak ponętnie. Wyciągnął jeszcze z szafeczki przy łóżku gumkę i lubrykant, po czym zajął miejsce między jego rozchylonymi nogami. Nalał sobie odrobinę cieczy na dłoń i złapał chłopaka pod główką. Stymulował ją powoli palcami obserwując jak ciało Hazzy wygina się pod nim na wszystkie strony, pięści zaciskają się na prześcieradle, nogi drżą, a oczy zachodzą łzami. Połączył z nim usta pociągając ręką już po całej długości organu. Z uśmiechem odbierał wszystkie jęki. Przerwał na chwilę wszystkie czynności, by nawilżyć drugą dłoń lubrykantem i ponownie wznowić wszystkie działania. Do pieszczot doszedł jeszcze jeden palec Lou zagłębiający się w ciasnym odbycie Harrego. Ten ledwo odczuł dyskomfort, nawet nie ociekając biodrami od chłopaka. Przed jego oczami pojawiały się kolorowe plamy. Gdy Lou wsuwał w niego drugi palec wiedział, że już dłużej nie pociągnie. Z głuchym krzykiem rozlał się w jego dłoni drżąc na łóżku, jak w febrze. Jednak Tomlinson nie przerywał rozciągania młodego i długich ruchów na jego członku. Ostatecznie dodał trzeci palec. Nie chciał by chłopaka bolało. Wyginał nim na wszystkie strony, aż musnął mocno prostatę chłopaka, który krzyknął głośno jego imię. Wydał rozkaz: "jeszcze". Lou zdziwił się, ale wykonał zadanie. Dręczył prostatę chłopaka, ale jego krzyki zbyt go podniecały, nie mógł dłużej wytrzymać, chciał w niego wejść jak najszybciej. Nachylił się nad nim i wyszeptał:
- Na czworaka, tyłem do mnie.
Chłopak mimowolnie wykonał polecenie, ale rzucił jeszcze, że nie chce tak, bo ma ochotę widzieć jego twarz. Lou pocałował go wtedy w kark uspokajająco mówiąc, że następnym razem będzie tak, jak chce. Harry zastygł zszokowany. Ten moment wykorzystał Tomlinson, by wsunąć się w niego szybko do końca. Usłyszał krzyk, bardziej podchodzący pod ten z zaskoczenia, niż bólu. Złapał mocno za biodra chłopaka wysuwając się i wchodząc z powrotem. Z początku robił to powoli, by przyśpieszać z każdym pchnięciem. Teraz nie tylko Harry jęczał, z jego ust także wydobywały się te wstydliwe dźwięki. Poruszał się szybko, co jakiś czas powodując u Loczka głośniejszy jęk i gwałtownie spięcie na nim mięśni. Myślał wtedy, że oszaleje i dopychał jeszcze mocniej, chcąc znowu poczuć to ulotne uczucie. Po kilku minutach wysiłku, obaj doszli w prawie tym samym momencie.
Lou opadł na Hazzę zmęczony przygniatając go do łóżka. Wykrzesał się jeszcze na odrobinę czułości,  całując go delikatnie po łopatce i drapiąc po głowie. Gdy wyrównał oddech sturlał się z chłopaka, usiadł obok spoglądając na niego czule. Harry obrócił się na bok. Nadal był zarumieniony, a jego oczy błyszczały. Patrzyli sobie w oczy, póki Lou nie przerwał kontaktu wzrokowego. Utkwił spojrzenie w swoich stopach nabierając do płuc powietrza.
- Eleonor przyjdzie tu za jakąś godzinę zabrać swoje rzeczy. Zerwaliśmy.
Serce Harrego wypełniły dwie sprzeczne emocje: cholerne szczęście i przytłaczające poczucie wykorzystania.