Pokazywanie postów oznaczonych etykietą OC. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą OC. Pokaż wszystkie posty

sobota, 2 listopada 2013

PTSD [Gil x Oz]

Fandom: Pandora Hearts
Pairing: OC x Oz Bezariusu/Vessalius/B-Rabbit; Gilbert Nightray(Raven) x Oz
Ostrzeżenia: NC17, seks z nieletnim (napalona 15), zespół stresu pourazowego (ww. PTSD), pseudo gwałt, zahaczenie o fetysz medyczny, masturbacja, palcóweczka, anal, oral, wymuszony stosunek, dominujący dół, smuuut, trochę fluff, utrata dziewictwa (poniekąd?)
Postacie należą do Jun Mochizuki, tylko je pożyczam.
Jestem z siebie dramatycznie dumna <3 <3 <3


Miasteczko portowe Les Poissons Heureux [lę puasą eru] znane jest z niezwykłego krajobrazu, pięknej pogody, miłych ludzi, dobrych połowów, a także z nieznośnego smrodu owoców morza i tajemniczych zaułków prowadzących do strony miasta znanej jedynie przez nielicznych. Trudno jest się o niej cokolwiek dowiedzieć, a co dopiero dostać, dlatego Le Boîte [lu błat] okryło się mianem bujdy. Co nie zmienia faktu, że ludzie przypływają tutaj z wielu zakątków świata (gdyż trzeba wspomnieć, że miasto jest odgrodzone od transportu lądowego przez wielki masyw górski). Życie w Les Poissons Heureux toczy się głównie przy porcie (w tym przyległym do niego rynku, który zawsze oferuje świeże, jeszcze żywe produkty), na piaszczystych plażach i u podnóży wysokich gór. Niewiele jest tak uroczych miejsc, dlatego Oz Bezarius niezmiernie cieszy się z czekającej go tutaj misji, a raczej z towarzyszących temu okoliczności. Celem ich podróży nie jest zabicie kolejnego Łańcucha, a jedynie odebranie od tutejszego członka Pandory potrzebnych Breakowi ziół i raportów. Na razie ma być to ich najłatwiejsze zadanie w karierze, które podświadomie odbierają jako urlop. Dlatego pierwszego dnia, zamiast od razu wypełnić zadanie, idą na plażę. Ani Oz, Alicja, czy Gilbert nigdy nie mieli okazji nawet jej zobaczyć, więc nic dziwnego, że są zachwyceni. Alicja zapomina o swoim nieustającym głodzie, a Gil bez oporów się rozbiera, chociaż nie obywa się to bez lekkiej perswazji ze strony oczarowanego czystym piaskiem blondyna. Po odprężającym dniu na plaży, grupa zatrzymuje się w hoteliku na przedmieściach miasteczka. Następnego dnia rano wszyscy odczuwają efekty długiego opalania się, więc aż do popołudnia spędzają czas w wynajętym pokoju. Gdy słońce przestaje górować na bezchmurnym niebie, trio wychodzi wykonać swoje zadanie. Najpierw docierają na rynek, gdyż droga do zielarza narysowana na małej mapce miasteczka zaczyna się właśnie na jego środku. Jednak łakomstwo Alicji bierze górę i dziewczyna znika niespodziewanie wśród straganów.
- Głupi zając - warczy brunet o złotych oczach. - Oz, zostań tu na wypadek, gdyby Alicja się w coś wplątała. Wykonam szybko zadanie i zaraz wrócę - poprawia jeszcze swój czarny kapelusz na głowie chłopca i odchodzi.
- Gil ... - chłopiec jęczy z lekkim opóźnieniem, gdyż Gilbert już zdąża zniknąć w tłumie.
Blondyn rozgląda się dookoła zdezorientowany. Wszystko, co go teraz otacza, jest takie kolorowe, ciekawe, nowe i chce od razu zobaczyć wszystko, ale jest tu tak wielu ludzi, że obawia się nawet ruszyć z miejsca, by Gil mógł go łatwo znaleźć... poza tym brunet kazał mu na siebie czekać. Ale Oz przecież nie zamierza siedzieć w jednym miejscu przez nieokreślony czas i zaprzepaszczać taką okazję na obejrzenie dokładnie rynku. Po chwili bicia się samemu ze sobą, naciąga czarny kapelusz Gilberta mocniej na głowę i z pokrzepiającym uśmiechem wtapia się w tłum. Zatrzymuje się często, na każdym z drewnianych straganów coś przykuwa jego uwagę. Najbardziej intrygują go wyroby z bursztynu i muszle, są śliczne. Myśli nawet, czy nie sprezentować któregoś z tych cudeniek Alicji i Gilbertowi, jednak nie może dojść do tego, co komu mógłby dać. Alicji bardziej spodobałaby się wędzona ryba, niżeli bursztynowy wisiorek, a do Gila muszelki i damska biżuteria nie pasują. Po długim czasie blondyn zakupuje sobie oszlifowane, bursztynowe serduszko na pamiątkę, na innym stoisku zauważa bursztynowe koraliki nasunięte na czarny rzemyk, które postanawia dać Gilbertowi.
Właśnie obserwuje ludzi kupujących ryby. Sam nigdy tego nie robił, a nie chce podarować Alicji jakiejś niedobrej. Już ma ustawić się przy jednym ze straganów, kiedy ktoś kładzie mu rękę na ramieniu.
- Radzę ci nie kupować tutaj niczego - słyszy za uchem. - Połowa klientów jest podstawiona.
Oz obraca się szybko z lekkim zdziwieniem, taksując stojącego przed nim smukłego i zadbanego chłopaka w jego wieku.
- Wybacz, powinienem się najpierw przedstawić - na twarzy szatyna pojawia się delikatny uśmiech, - Isaac Weasley.
- Oz Bezarius - blondyn ściska wyciągniętą w jego stronę dłoń i daje się wyciągnąć z kolejki.
- Jesteś tu na wakacjach, hm? - zagaja. - W samym porcie mam przyjaciela, dostaniesz u niego świeżą rybę półdarmo.
- Naprawdę? - szmaragdowe oczy rozszerzają się w euforii.
- Haha, jasne, że tak - uśmiecha się szeroko. - Jesteś tu z kimś? - pyta i rusza.
- Tak, z przyjacielem i przyjaciółką - dogania go, idąc krok za nim. - Mieszkasz tu?
- Od urodzenia. Les Poissons Heureux znam jak własną kieszeń - przechwala się. - Wiem nawet, jak dostać się do Le Boîte.
- Le Boîte..?
- Przyjechałeś tutaj nie słysząc o nim? - odwraca się zdziwiony. - Wszyscy chcą się tam dostać, ale trzeba być unikalnym, wiesz? - przystaje na chwilę, patrząc na blondyna uważnie. - Jak chcesz, to cię tam zabiorę.
- To nie będzie problem? - pyta, kryjąc podniecenie.
Mając taką możliwość, zapomina o swoich towarzyszach.
- Jasne, że nie! Lepiej będzie, jak od razu ci pokażę Le Boîte, a później kupisz sobie rybę. Chyba, że chcesz z nią chodzić.
Blondyn kręci głową przecząco. Po co miałby ją ciągle nosić? Podąża za szatynem ufnie, z ciekawością przyglądając się starym kamienicom i zadbanym podwórkom. W końcu Isaac zatrzymuje się przed niewidoczną od ulicy bramą, prowadzącą do krótkiego tunelu.
- Le Boîte zaczyna się już po drugiej stronie - Isaac mruga do niego, zanim wkracza do środka.
Blondyn nieco niepewnie podąża za nim. Już tutaj słyszy szmer ludzi i muzykę. Nie ma pojęcia, czego może spodziewać się po drugiej stronie tunelu. Dlatego, gdy wychodzi z ciemności i staje na nierównym bruku, dziwi się lekko, bo w sumie wszystko wygląda normalnie. Dopiero teraz do głowy mu przychodzi, że Isaac po prostu mógł go oszukać, więc w pierwszym odruchu odsuwa się od niego i obdarza chłodnym spojrzeniem. Najgorsze jest to, że dał się tak odciągnąć od rynku.
- To Le Boîte! - Isaac uśmiecha się do siebie, nie zwracając nawet na blondyna uwagi. - Nie wygląda jakoś niesamowicie, ale to miejsce tworzą ludzie, wiesz? Niby też wyglądają normalnie, ale jak się przyjrzysz - przerywa na chwilę, zerkając na niego, - to zauważysz, że kobiety chodzą tylko z kobietami, a mężczyźni z mężczyznami. Nawet niektórych mężczyzn pomylisz z kobietami, tak się malują! No i zobaczysz też kobiety silniejsze i bardziej męskie od niejednego chłopaka.
- Ale to niemożliwe - Oz patrzy na Isaaca podejrzanie.
Teraz jest pewny, że ten go oszukał.
- Wszystko jest możliwe - twierdzi. - Pokażę ci jedno miejsce. Moje ulubione tutaj - łapie go za rękę i pociąga ulicą.
- Ale chcę już iść po rybę - buntuje się, wyrywając dłoń.
- Ale tamto miejsce pozwoliło by ci zrozumieć tę dzielnicę! - wydyma wargi.
- Isaa...
- Isaac! - Ozowi przerywa wesoły, zachrypnięty krzyk.
Chłopcy odwracają się. Z tyłu nadchodzi dwóch, rosłych mężczyzn. Szatyn rozpromienia się na ich widok i macha im szybko.
- Moi przyjaciele - wyjaśnia.
Oz marszczy brwi. Mężczyźni są już dorośli, mocno umięśnieni, spod podkoszulek wystają im wydęte brzuchy i ciemne włosy. Ich skóra jest mocno opalona i popękana, a po rękach wiją się ciemne wzory. Jednak ich oczy śmieją się, a zza zarostu widoczne są zmarszczki i złote zęby w szerokich uśmiechach.
- Znalazłeś sobie przyjaciela jak nas nie było, młody? - ten z przekłutymi uszami targa chłopcu włosy.
- Dopiero dzisiaj. Jest tu pierwszy raz i nigdy nie słyszał o Le Boîte.
Oz wstydzi się trochę i niepewnie taksuje przybyszów. Dlaczego Isaac tak podkreśla jego niewiedzę?
- Czyli jeszcze nie zaznałeś tutejszych przyjemności, co nie kolego? - drugi uśmiecha się do blondyna, puszczając do niego oczko.
- Chciałem go właśnie zabrać do Stevena - szatyn przylega ciasno do jednego z nich.
- Z chęcią wybierzemy się z wami - śmieją się obaj.
- Przepraszam, ale muszę zrezygnować...
- Weź nie przesadzaj! - jeden klepie Oza w ramię. - Jesteś już dużym chłopcem, możesz trochę poszaleć.
- Chętnie bym skorzystał, ale moi przyjaciele pewnie mnie szukają po całym mieście.
- John, niech idzie - straszy szturcha kolegę zniecierpliwiony, - mamy Isaaca.
- Ano racja. To siema, dzieciaku - klepie go jeszcze raz i po prostu odchodzi z drugim mężczyzną i nieziemsko szczęśliwym szatynem.
Blondyn jeszcze chwilę stoi w miejscu. Isaac go tak po prostu tu zostawił... Czuje złość i lekkie ukłucie strachu, ale nie pozwala sobie na panikę; wie, że nie może. Póki szedł z Isaac'iem nie przejmował się tym, gdzie idą. Ponownie uderza go myśl, że ciągle jest tylko nieodpowiedzialnym dzieciakiem. Przełyka ślinę i rozgląda się dyskretnie. Nie zauważył, kiedy wyjście z bramy zniknęło z zasięgu jego wzroku, gdy kłócił się z szatynem. Boże, jak on nie chce też tak po prostu zginąć na jakimś banalnym zadaniu i znowu wszystko utrudniać. Zamierza spytać kogoś o drogę. Rozgląda się po ulicy, szukając wzrokiem kogoś... normalnego. Dopiero teraz zauważa jak większość będących tu ludzi zachowuje się i wygląda trochę inaczej. Nagle jego wrodzona pewność siebie gdzieś znika, wstydzi się podejść do mijających go par tej samej płci, męskich kobiet lub karykaturalnie umalowanych mężczyzn. Rozpaczliwie poszukuje kogoś normalnego... Pada na mężczyznę wychodzącego właśnie ze sklepu z paczką papierosów w dłoni.
- Przepraszam, pana - Oz doskakuje do niego szybko z błagalnym wyrazem twarzy.
- Czego chcesz, dzieciaku? - mężczyzna przystaje i zerka na niego z góry.
- Mógłby mi pan wskazać drogę do centrum? - mężczyzna unosi brwi zdziwiony.
- Jakiś koleś cię wystawił i nie wiesz, jak wrócić? - prycha rozbawiony. - Jasne, dzieciaku - targa jego włosy i wyciąga z paczki papierosa.
Ozowi od razu kojarzy się z Gilbertem. Myśli, że teraz jego przyjaciel pewnie wypala jednego papierosa po drugim, szukając go. Jak bardzo Oz chce go już zobaczyć i przeprosić. Podąża za mężczyzną, stawiając szybkie i długie kroki. Cieszy się tempem obranym przez mężczyznę. Dlatego, gdy widzi znajomą bramę, czuje taki przypływ szczęścia, że wpada na swojego przewodnika, kiedy ten zatrzymuje się niespodziewanie w bramie. Zdezorientowany zerka w głąb tunelu i nieruchomieje zszokowany.
"Co oni robią?!' - wszystko w nim krzyczy. Przecież mężczyzna nie może z mężczyzną mieć takich... kontaktów, takich bliskich i niezgodnych z naturą. To nielogiczne, dziwne i niezrozumiałe nawet dla niego. Przecież to zawsze mężczyzna i kobieta robią takie rzeczy. To jest dla niego niesamowity szok, dlatego nie skupia się nawet na tym, jak można robić takie rzeczy publicznie, bez żadnego wstydu. Wpatruje się w całującą i dotykającą się parę, próbując połączyć to z tym, czego dotąd dowiedział się o życiu intymnym i nijak mu to wychodzi. Jedyne, co osiąga to niepohamowany rumieniec na twarzy i myśl, że go to nie odrzuca, a nawet wygląda na przyjemne.
- Hmpf, podnieciłeś się, młody? - mężczyzna uśmiecha się pewny siebie i nagle wciąga go do tunelu, przyciskając do muru.
Twarz Oza uderza w zimną ścianę, trzeźwiąc go. Zanim zdąża się wyrwać, mężczyzna przyszpila jego ciało swoim do muru i zamyka jego nadgarstki w mocnym uścisku nad głową.
- Puść mnie! - warczy blondyn, wykręcając się
- Tsk, nie graj cnotki - szybko wsuwa dłoń między ciało chłopca a kamień i rozpina mu spodnie.
- Zostaw!
- Cicho - gryzie go w szyję mocno poirytowany.
Nie chce, żeby para obok zwróciła na nich jakąkolwiek uwagę. Oz piszczy zaskoczony. Wtedy też szorstkie palce wsuwają się pod jego bieliznę i owijają wokół powolutku twardniejącego członka. Blondyn drży, rozchylając usta bezwiednie.
 - Grzeczny chłopiec - brunet w nagrodę liże go po szyi i porusza ręką.
Blondyn zagryza wargę, gdy palce poruszają się po jego członku, a on nie może nic poradzić na to, że ten dotyk jest taki podniecający i nie może powstrzymać się od drgania biodrami. Patrzy na parę obok i jęczy cicho pod nosem. Natomiast brunet z każdym dźwiękiem blondynka ma na niego coraz większą ochotę. Gdy nie obawia się, że dzieciak ucieknie, puszcza jego nadgarstki i zsuwa mu spodnie z tyłka. Solidnie pluje sobie na dłoń i wsuwa ją między jędrne połóweczki chłopca, dalej obciągając mu ręką. Muska dziurkę chłopca, na co ten wypina się w jego stronę z głośnym jękiem.
- Zaraz będzie ci dobrze - ściska jego pośladek zadowolony i wsuwa w niego palca.
Dzieciak jest ciasny jak dziewica, co cholernie go cieszy... ale w każdym bądź razie nie zamierza się z nim cackać. Zaczyna intensywnie maltretować dziurkę chłopaka, szybko dokładając do jednego palca drugiego. Mięśnie dzieciaka rozpaczliwie zaciskają mu się na palcach, aż nie może się doczekać w niego wejść. Przy trzech palcach w odbycie, Oz spina się z bólu, ale tylko na chwilę, bo szybko czuje cholerną przyjemność tam w środku. Dochodzi, gryząc się w rękę, żeby nie krzyknąć. Momentalnie drżące już wcześniej pod nim nogi miękną, ogólnie czuje się okropnie zmęczony i tak jakby spełniony. Brunet nie pozwala mu upaść, mocniej przyciska go do muru.
- Smakowałeś kiedyś spermy? - mruczy mu do ucha i nie czekając na odpowiedz, wsuwa mu do ust klejące się palce.
Oz mruczy zdziwiony, nigdy nie słyszał nigdy tego słowa. Ale po chwili zasysa się lekko na palcach mężczyzny, smakując jej. Dalej jego prostata jest drażniona przez bruneta, więc członek chłopca bardzo powoli zaczyna twardnieć z powrotem. Mija chwila, jak mężczyzna wyciąga palce z ust i odbytu Oza, by znaleźć i założyć prezerwatywę. Gdy to zrobił, odchyla głowę blondyna do tyłu, wsuwając język głęboko między jego rozchylone wargi. Odsuwa się z zadowolonym mruknięciem i łapie członek przy nasadzie. Przesuwa nim między napiętymi pośladkami blondyna, masując go po udzie. Oz nie może opanować cichutkich jęków. Jego oczy rozszerzają się, gdy czuje główkę bruneta napierającą na jego dziurkę. Już czeka, aż znowu zostanie tak przyjemnie wypełniony, ale nagle dociera do niego dźwięk ciosu, krótki krzyk i nieznośny chłód, brak ciała za nim.
- Co? - jęczy zdezorientowany, rozglądając się. - Gilbert?! - jego krzyk wypełnia szczęście i zdziwienie.
- Boże, Oz - Gilbert przerażony lustruje chłopca. - Nic ci nie jest? - ociera mu łzy ściekające po twarzy i podciąga mu spodnie, przez co Oz się peszy.
- Ja... ja... to... - nie wie, co powiedzieć.
- Spokojnie - po chwili wahania, głaszcze go po głowie. - Zabiorę cię do domu - bez pytania bierze go na ręce i rusza szybko do wyjścia.
Blondyn wtula się w czarny płaszcz sługi szczęśliwy. W ogóle nie zauważa tego, że drży; a mężczyzna, który miał go przelecieć, leży na ziemi nieprzytomny; obściskująca się wcześniej para gdzieś zniknęła; a on sam nadal ma erekcję. Jest taki szczęśliwy, że Gil go znalazł. Nie zauważa, kiedy stają w ich izbie, liczy się tylko uspokajające ciepło bijące od bruneta. Za nic też ma krzyki i fochy Alicji. Dopiero, gdy zostaje postawiony na ziemi w łazience, wyrywa się z otępienia.
- Przygotuję ci kąpiel, a potem dam coś do jedzenia. - Oz przytakuje i siada pod ścianą. Zza drzwi słyszy podniesiony głos Alicji i ten w miarę opanowany Gilberta. Uśmiecha się lekko. Jest otumaniony. Sięga do jednej z kieszeni jego spodni i wyciąga z niej prezent dla Gilberta. Bawi się bransoletką, póki kąpiel nie zostaje przygotowana. - Już, Oz. - Gil wyciera ręce w biały ręcznik. Jest wyraźnie zmęczony i okropnie śmierdzi tytoniem.
- Dziękuję - szepcze blondyn z uśmiechem. - Kupiłem to dla ciebie - wstaje i wsuwa w dłoń bruneta bransoletkę.
Gil przełyka ślinę i zaciska palce na podarunku.
- Dziękuję - uśmiecha się słabo i wychodzi, zamykając drzwi.
Blondyn wzdycha i rozbiera się do naga. Wchodzi do gorącej wody i nie może powstrzymać się od wspominania dotyku, jakim go obdarzono. Zagryzając wargi, dotyka się wszędzie. Robi to długo i dokładnie, tak że woda zdąża już wystygnąć. Po długim czasie obmywa się szybko, wyciera i ubiera w piżamę. Dopiero teraz czuje zmęczenie. Nie je kolacji i zasypia.

 ***

Następnego dnia opuszczają z rana Les Poissons Heureux, ignorując wszelkie sprzeciwy Alicji. Dziewczyna krzyczy, odgraża się i prowokuje, aż w końcu rezygnuje ze względu na brak reakcji ze strony nieobecnych duchem partnerów. Całą trójkę opanowuje melancholia, która utrzymuje się, aż do przyjazdu do rezydencji Bezariusów. Wtedy Alicję ożywia wizja sytego posiłku, Gilberta ogarnia panika na myśl zdania dokładnego raportu Breakowi, a Oz może w końcu zostać sam - tylko on i jego brudne myśli.
Kolejne dni mijają tak samo. Alicja objada się i odgraża, Oz zachowuje spokój, póki nie zostaje sam, a Gil jest gdzieś z boku, jednak zawsze czujny. Boi się o swojego panicza, nigdy nie widział go takiego bez życia, ale zachowuje te spostrzeżenia dla siebie. W raporcie nie wspomina nic o gwałcie w dzielnicy Les Boîte, także zataja nagłą zmianę w zachowaniu blondyna. W końcu Oz przechodził większe traumy, dłużej, czy krócej, jednak zawsze dochodził do siebie. Wierzy w blondyna i chce mu dać komfort bycia samemu. Dlatego nie sprawdza, co ten robi w bibliotece całymi dniami. I dobrze.
Można stwierdzić, że blondyn popadł w paranoję lub kręci się w kółko. Gdzie nie pada jego wzrok, widzi fallusa lub splecionych ze sobą kochanków; rano budzi się z myślą o brudnym dotyku i erekcją; zasypia z własnym nasieniem na palcach, a śni o seksualnych uniesieniach z dojrzałymi mężczyznami. Nie może się także powstrzymać od zbierania informacji o seksie i badań własnego ciała. Wiele informacji zdobywa z encyklopedii medycznych. Staranne rysunki i naukowe definicje wydają mu się bardziej wyuzdane od pornografii i powodują u niego podniecające dreszcze. Nie zauważa nawet, kiedy zaczyna marzyć o Gilbercie, gdy wsuwa do swojej dziurki palce. Wyobraża sobie, że ten go przyłapuje, a następnie bierze mocno od tyłu, sypiąc mu do ucha sprośnościami, albo delikatnie i drażniąco bada jego odbyt palcem, oklepuje pośladki, całuje członek, naznacza całe ciało, podgryza, patrzy, wpatruje się w niego swoimi złotymi oczami...
Trwa w miejscu, zamroczony nowymi odczuciami, z dnia na dzień chcąc coraz więcej i więcej. Robił to już wiele razy w ogrodzie, w łaźni, strychu, stajni, bibliotece przy lekturze, a nawet kilku salonach. Kiedy palce przestają wystarczyć, próbuje wypełnić się wodą, rączką od szczotki, a także zdobionym słupem od łoża stojącego w jednym z gościnnych pokoi, zabiera też ze spiżarni kilka grubych marchwi. Niekiedy nachodzi go myśl, że powinien przestać, jednak nie może. Nigdy nie pragnął tak więcej.
 Po czasie Oz Bezarius stwarza listę - listę miejsc i rzeczy, które są jak przystanki na jego drodze seksualnych uniesień. Jest to specjalna lista,  nie wie, co by zrobił, gdyby dostała się w czyjeś ręce. A szczytowe miejsce na niej zajmuje sypialnia Gilberta, którą Oz widział w życiu może z 2 razy. Ale czy to się liczy? Liczy się to, co chce w niej zrobić i czy kiedykolwiek mu się to uda.
A jednak się udaje.
Od powrotu z Les Poissons Heureux minął już miesiąc, bezczynny. Taki stan rzeczy nie może trwać wiecznie. Rankiem z kredensu wychodzi Break. Ze swoim krzywym uśmiechem informuje Nightraya, Alicję i Oza o łatwej misji w ramach utrzymania formy. Znika równie szybko, co się pojawia. W pomieszczeniu panuje nieprzyjemna cisza, wszystko się zmieniło, nie tylko zachowanie Oza. Pierwszy odzywa się Gilbert:
- Mogę wyruszyć sam.
- Nie ma mowy! Jadę z tobą! Oz? - Alicja niepewnie zerka na blondyna. Już nawet przeszła jej ochota na bicie go, gdy jest taki nieobecny. Wzdryga się. Nie poznaje go od ostatniej misji, a najgorsze jest to, że nie ma bladego pojęcia, co się tam stało... i chyba już nie chce wiedzieć. - Ruszamy już teraz?
Gilbert kiwa głową. Nie ma tu nic do roboty. Słowo "absurd" kołacze mu w głowie. Już  woli zostawić tu Oza samego, niż zabrać go ze sobą na misję. Nowy, nieznany mu Oz go krępuje i jest, jak na jego gust, zbyt zamyślony.
- Powodzenia - rzuca Oz z lekkim uśmiechem.
- Wrócimy jak najszybciej.
Oz hamuje grymas kwitnący mu na twarzy, chce mieć jak najdłużej sypialnię Gila dla siebie. Wypatruje się w ogień tańczący w kominku. Czeka, aż jego towarzysze opuszczą rezydencję i zostawią go samego. Szybki stukot końskich kopyt jest dla niego niczym wybawienie.
Podrywa się z fotela i rusza korytarzem do swojego pokoju, musi się porządnie umyć. Brutalnie szoruje swoją skórę i wsuwa namydlone palce do odbytu. Wysuszony, w samym ręczniki biegnie do pokoju Gila z fiolką olejku w dłoni. Dawno nie czuł się tak szczęśliwy!
Na szczęście drzwi są otwarte, wchodzi do schludnego pomieszczenia, a zapach Ravena wwierca mu się w nozdrza i powoduje, że jego członek zaczyna drżeć. Jęczy, upuszczając ręcznik na ziemię i wskakując na łóżko. Wtula nos w poduszkę, ocierając się całym ciałem o satynową pościel. Wzdycha drżąco. Chłodna satyna tak przyjemnie podrażnia członka chłopca. Satyna, w której sypia Gil. Wsuwa dwa palce do ust, lubi bawić się swoim językiem. Drugą ręką sięga do swojego członka. Jego ciało jest takie wrażliwe, spragnione i młode, Oz nie ma nad nim za grosz kontroli. Sunie paznokciem po dziurce w żołędzi, przygryzając mocno palce. Uwielbia to. Rozprowadza ciecz cieknącą z jego penisa po trzonie. Zawsze planował powoli rozkoszować się w pokoju Gila, ale nie potrafi. To dla niego za dużo, to wszystko go przytłacza. Podciąga się i staje na czworaka, wypinając w powietrze swój blady tyłeczek. Teraz podpiera się na jednym łokciu, z dłonią zaciśniętą w pięść, gdy druga dłoń kieruje się szybko między jego pośladki. Bez ociągania wciska w siebie dwa palce, ociekające olejkiem, podrywając biodra do góry. Robił to tyle razy, ale jego ciało dalej ma problem z przyzwyczajeniem się. Sięga nimi głębiej, szukając gruczołu zwanego prostatą, gdy muska ją palcami, piszczy, chowając twarz w pościel.
- Gilbert - jęczy. Boże, jak dobrze. Czuje się, jakby w końcu znalazł swoje miejsce na ziemi. Wsuwa i wysuwa z siebie palce, mrucząc pod nosem z zadowolenia. Wyobraża sobie, że to nie on posuwa siebie palcami, a Gilbert. Jego wysoki, pachnący tytoniem Gilbert. - Boże, boże, boże, Gilbert, jeszcze trochę - zaciska wargi. Wygina się nienaturalnie, byleby tylko móc sięgnąć swobodnie wolną ręką do swojego penisa. - Kilka ruchów, tylko kilka, proszę. - Dochodzi z drżącym jękiem, cały się spinając. Tak dobrze.
Oddycha płytko przez pościel. Nadal z zamkniętymi oczami, obraca się na plecy, wypuszcza ciężko powietrze z płuc. Pierwsze miejsce jego listy odhaczone. Jego małe zwycięstwo. Unosi nad twarz, ubrudzoną rękę i wpatruje się w nią. Uśmiecha się z rozmarzeniem.
- Ja-ja pójdę ci przygotować kąpiel - słyszy zachrypnięty głos. Zrywa się przerażony. Gilbert. W niedowierzaniu rozwiera szerzej oczy. To, to niesamowite!
- Stój! - zeskakuje z łóżka, podchodząc do niego. Krzywi się, gdy Gilbert odsuwa się. - Brzydzisz się mną, Gil? - pyta.
- Oczywiście, że nie! - zapewnia i uderza plecami o drzwi. Dalej już nie może uciec.
- To czemu się cofasz? - przylega do niego ciasno, wpatrując się w niego z dołu.
- Jesteś nagi - Raven przełyka ciężko ślinę.
- Wiesz, ile na to czekałem? - Oz pociera policzkiem o jego klatkę piersiową i próbuje ściągnąć mu z ramion płaszcz. - Popadałem już w paranoję, Gil. - Płaszcz opada na podłogę. Myśl racjonalnie, Gil! (Koszula także podziela los płaszcza.) Ale okazuje się to trudne, gdy czuje się smukłe paluszki w okolicach swojego rozporka. Odepchnij go, krzyczy w nim wszystko, oprócz penisa. - Idealny - Oz zachłystuje się powietrzem na widok twardniejącego Gila. Jest to pierwszy członek dorosłego mężczyzny, jaki widzi na żywo. I nie może się powstrzymać od tego, by od razu wziąć go całego. 
Ściąga mu spodnie do kostek i bierze Gila w obie dłonie. Wpatruje się w tego ślicznego kutasa, a jego usta wilgotnieją. Nie ma pojęcia, co może zrobić najpierw. Przesuwa jedną z dłoni po całej jego długości, wpatrując się z zaczerwienionego Gilberta. Jego sny się urzeczywistniają, nie może tego zaprzepaścić. Zdejmuje mu napletek, prawie do samej bazy. Oblizuje wargi. Wysuwa język i przytyka go do główki Nightraya. Widzi jak ten zaciska uda przy dotyku. Bierze to za dobry znak. Otacza główkę językiem, oblizując ją z wypływającej z niej cieczy. Cieczy Gilberta. Zasysa się na niej, mrucząc cicho. Zaczyna powoli poruszać ręką, językiem badając żołądź. Czuje, jak kręci mu się w głowie. Zapach Gilberta jest jeszcze intensywniejszy. Wypuszcza jego chuja z ust z mlaśnięciem. Chce mieć go więcej.
Wstaje i ciągnie Gilberta na łóżko, głęboko, na sam jego środek. I siada mu na kroczu, plecami do niego, wypinając wysoko tyłek.
- Wsadź we mnie palce - odwraca głowę, zerkając na oszołomionego Gilberta. Uśmiecha się z satysfakcją i odwraca wzrok. Łapie ich penisy razem, ruszając po nich ręką. Wtedy też czuje jeden, długi palec, wsuwający się w niego. - Trzy - mruczy, kręcąc biodrami. Po chwili już trzy palce rozciągają go mocno. Poddaje się dotykowi, jęcząc cicho. Aż Gilbert trafia! Trafia na jego prostatę. Chłopak drży mocno i kwili. - Właśnie tam, Gil! Błagam, jeszcze trochę~ - Zaciska mocniej palce na ich członkach, drażniąc je bezlitośnie. Jak już cholernie chce dojść, jak cholernie chce, żeby Gilbert doszedł zalewając jego środek. Cholera! Puszcza ich członki i łapie Gilberta za nadgarstek wyciągając jego palce ze swojej dziurki. Chce więcej. Szybko, zanim Nightray zdąży pomyśleć o tym, by uciec, siedzi do niego przodem, naprowadzając chuja Gilberta na swoją chętną dziurkę. Widzi szok w złotych oczach, przemieszany z pożądaniem. Obiecuje sobie, że następnym razem po szoku nie będzie już śladu. Nabija się na niego do samego końca. Nie wie, czy ma żałować, czy nie. Pierwsze co czuje to ból, bezlitosne rozciąganie, potem ciepło i przyjemne ciarki. To jest niesamowite. Rozwiera wargi, unosi się do góry i opada w dół, kręcąc tyłeczkiem i nie odrywając wzroku od twarzy Gila. Ruchy są męczące, jego uda całe drżą z wysiłku, ale nie przestaje - to jest zbyt dobre, by tego nie robić. I znowu jest blisko, tak bardzo blisko.
- Gilbert - jęczy żałośnie. Prośba w jego głosie jest niemal namacalna. Nightray przygryza wargi i syczy cicho. Podciąga się do siadu.
- Chodź tu - szepcze i przyciąga głowę Oza do swojego ramienia. Zarzuca jego ręce na swoje szerokie barki i zaciska palce na miękkich pośladkach, biorąc jego ruchy pod swoje skrzydła. Powoli porusza jego pośladkami, całując go po włosach. Boże, sam nie wie, co właśnie robi. Nie rozumie danej sytuacji. Gwałt w Le Boîte, aż tak wpłynął na jego aniołka? Miał go chronić, do cholery! - Przepraszam, Oz. - Chłopak kwili w odpowiedzi, mocniej się do niego tuląc. Jest taki mały, w porównaniu do niego. - Zejdź ze mnie na chwilkę.
- Nie! Tak jest dobrze! Nigdy tak nie było - zaczyna płakać.
- Chcę położyć cię na boku - głaszcze go po blond włosach. - Spokojnie, wrócę. - Chłopak schodzi z niego i kładzie się obok, zerka jeszcze na niego niepewnie przez ramię. - Już - przysuwa się do niego i obejmuje od tyłu. Czuje i widzi przed sobą drobne ciałko Oza, przełyka ciężko ślinę. Naprowadza członek do środka i wchodzi naprawdę głęboko. W jego uchu dźwięczą błagania Oza:
- Mocniej, Gil, proszę.
Chłopiec kręci przed nim lekko biodrami, a on wsuwa się mocniej i głębiej. Z bliska wpatruje się w powoli szczytującego pod nim blondyna. Jego blondyna. Łzy leja się ciurkiem z jego oczu, a jedyne, co Gilbert może zrobić to całować go spokojnie po ramieniu i spowodować jeszcze większy ich napływ. Nie może znieść już swojego imienia, tak słodko brzmiącego w ustach Oza. Przyśpiesza, zamykając oczy. Ciężko oddycha przez rozwarte wargi i ma tak cholerną ochotę pocałować blondyna. Otwiera oczy, wpatrując się w twarz Oza - ściągniętą z przyjemności. Chłopiec dochodzi, odchylając głowę do tyłu i zaciskając dłoń mocno na swoim członku. Zaciska spazmatycznie wszystkie mięśnie, zakleszczając w sobie Gilberta. Nightray wydaje z siebie sapnięcie zdziwienia, a po jego ciele przechodzi fala przyjemności. Dochodzi mocno w podrażniony odbyt Oza, spuszczając nisko głowę. Wysuwa się z niego i pada na plecy, przyciągając do siebie blondyna, który obraca się i wtula się w niego ufnie. Wyrównuje przyśpieszony oddech i wciąga chłopca na siebie.
- Boże, Oz - rzuca, unosząc jego głowę do góry. Całuje go po załzawionych policzkach. Widać, że jest zmartwiony.
Bezarius pociąga szczęśliwy nosem.
- Wiesz, jak długo na to czekałem, Gil? - Wtula się w jego ramię, śmiejąc ze szczęścia.

sobota, 7 września 2013

Zwykły tuning plus wymiana oleju

 Słodziutkie tłumaczenie na początek roku szkolnego, może nie mamy już 1IX, ale co tam~ W najbliższym czasie będę wstawiać tłumaczenia - i tak za rzadko jak na mój gust, ale jeśli chcę mieć jakiś tekst w zanadrzu - tak trzeba. W wakacje trochę nadrobiłam z materiałem, chociaż nie jestem z sb w pełni zadowolona~ Bywa :> Miłego roku szkolnego (przedwczesne życzenia dla studentów, jeśli jacyś tu trafiają) <3


Fandom: Supernatural
Pairing: OC/Castiel; Dean Winchester/Castiel - DEANCAS
Ostrzeżenia: AU (ludzie), niewolnictwo seksualne, fetysz medyczny, uprzedmiotowienie, ekshibicjonizm, palcówka, seks analny, penetracja przedmiotami, PWP, pierwszy raz, na bazie kink-meme, WIEJE SMUTEM, AŻ MIŁO ❤
Oryginał: "Just An Oil Change and Tune-Up"
Moje pierwsze tłumaczenie ᕙ(⇀‸↼‶)ᕗ
Dean właśnie nabył nową dziwkę - Casa - i zabiera ją do lekarza na badanie.


Dean jest zdeterminowany, by zrobić to teraz, więc jak tylko wystawia pokwitowanie, od razu zabiera Castiela prosto do doktora Robertsa. Może i wizyta jest trochę droga, ale Sam [Winchester] jest zachwycony usługami doktora, co jest dla Deana wystarczającym powodem by wydać więcej. Poza tym Castiel - przecudny Castiel o niebieskich oczach, pełnych ustach i smukłym ciele - zasługuje na wszystko.
 -Tu chodzi o coś więcej niż samą certyfikację - Dean mówi lekarzowi, kiedy pielęgniarka wpuszcza ich do środka. Gabinet lekarski jest sterylny, ale zaskakująco przytulny. Dean stoi na uboczu i pozwala doktorowi obejść Castiela. - To znaczy, wiem, że jest ważna przy każdym zakupie, ale koleś, tylko spójrz na niego.
Dr Roberts wydaje z siebie ciche hmm, kiedy chodzi dookoła Castiela.
- Dobrze go wyczyścili, wygląda na to, że ubił pan świetny interes, panie Winchester. Jeszcze nietknięty?
- O tak, dlatego chcę go odpowiednio przebadać - Dean mówi. Opiera się o ścianę, patrząc jak doktor unosi rąbek togi Castiela, by odkryć jego kościste kolana i uda. Nie są w guście Sama, na aukcji strasznie się krzywił i dąsał na ich widok, ale nie ma to dużego znaczenia, ważne, że podobają się Deanowi. - Nigdy nie miałem dziewicy, więc mógłbyś też spojrzeć, czy wszystko z nim w porządku?
- Tak, oczywiście - dr Roberts dotyka szczęki Castiela, otwierając mu usta, by obejrzeć jego zęby i język. Przytakuje, chociaż bardziej do siebie samego niż do Deana . - Pozwoli pan, panie Winchester?
- Ah, tak. - Dean tłumi chichot. - Przepraszam. Hej, Cas, ściągnij to z siebie.
Oczy Castiela błyskają na moment, bunt w niebieskich oczach znika szybko, ale i tak za wolno. Dean zauważył to już na bloku aukcyjnym, pierwszy raz, kiedy zaczęła się licytacja i po raz kolejny, kiedy wygrał i szedł podpisać kontakt. To spojrzenie już zniknęło, a Castiel posłusznie ściąga z siebie togę dla doktora, ukazując kilometry przecudnej, nieskazitelnej skóry gotowej do inspekcji.
Dr Roberts odsuwa się od niego na chwilę, by odwiesić togę, a kiedy jest z powrotem, sutki Castiela  sterczą ładnie - zimne powietrze w pomieszczeniu robi swoje. Dean wyobraża sobie, że już może wypróbować je ja swoim języku, poczuć je między swoimi zębami; ale teraz to doktor jest tym, który pociera je przez gumowe rękawiczki i sprawdza ich twardość, a następnie dotyka systematycznie klatki piersiowej, brzucha, ramion, szyi, uszu, itd Castiela.
- Wie pan, jak sobie radzić z dziewicami, panie Winchester? - doktor Roberts pyta, unosząc ramiona Castiela, by sprawdzić jego pachy. - Ta była trenowana?
- Prawie wcale - Dean pochyla się nad biurkiem doktora, skubiąc darmowego precla. - Mój brat nie jest fanem tej agencji, mówi, że produkty Aniołów są zbyt ciężkie do okiełznania, bo są zbyt niedoświadczone, ale co tam. Chyba boję się tylko o wejście w niego. Lubię rozciąganie, może być fajne, ale też i ...
- Męczące? - doktor Roberts patrzy na niego, klęcząc na podłodze i przestając obejmować dłońmi jądra Castiela. - Więc, urokiem dziewiczych dziurek jest ich ciasnota i pewność bycia pierwszym, ale jeśli chce pan być agresywny, dalej rekomenduję gruntowne przygotowania. Mogę go trochę rozciągnąć dla pana, jeśli pan chce.
- Nie chcę się narzucać... - Dean mówi przepraszająco.
- Oh, to żaden problem i tak musiałbym to zrobić. - Dr Roberts wstaje i prowadzi Castiela do łóżka medycznego, pcha go lekko w ramię. Przez chwilkę może się wydawać, że Castiel się nie ruszy, ale wtedy pochyla się porządnie do inspekcji z głową schowaną między ramionami i tyłkiem wiszącym poza krawędzią łóżka. Dr Roberts kiwa na Deana. - Niech pan podejdzie, powinien pan to zobaczyć.
Dean subtelnie poprawia w spodniach kutasa , który już jest pół twardy od paradującego nago Castiela i podchodzi do łóżka. Prawdopodobnie dr Roberts jest już do tego przyzwyczajony.
- Koleś, - Dean mówi, gwiżdżąc, gdy staje obok doktora, - śliczna dziurka.
- Będzie potrzebować dużo opieki, jeśli chcesz zachować ją w takim stanie - doktor Roberts ostrzega go, ale nie jest to niemiła uwaga. Wyciąga spod łóżka butelkę lubrykantu, wylewając trochę na swoje rękawice i pociera palcami. - To nie moja sprawa, ale wstydem byłoby zniszczenie czegoś takiego.
- W pełni się zgadzam - mówi Dean, obserwując jak doktor zatacza kciukiem wokół wejścia, sprawiając, że dziurka robi się błyszcząca i słodziutko zniewalająca. Castiel nie rusza się, ale jego ramiona spinają się, co powoduje, że Dean mruga. - Myślę, że niewychowane niewolnice mają swoje wady. Masz duże doświadczenie z produktami Aniołów?
- Głównym wyzwaniem jest zazwyczaj dyscyplina - mówi doktor Roberts, pchając kciuk przez wejście.
Zmarszczki zaciskają się wokół pokrytego lateksem palca, sprzeciwiając się intruzowi. Doktor tak, czy siak, wkłada palca głębiej, wsuwając i wysuwając swojego kciuka kilka razy. - Anioły zazwyczaj są całkiem dumne. Sądzę, że zdążył pan zauważyć.
Dean śmieje się.
- Tak, tak, zauważyłem. Więc co doradzasz?
- Smycze mogą być dobre. - Doktor wyciąga swojego kciuka, zastępując go dłuższym palcem. Koleś naprawdę ma duże doświadczenie, jego palce poruszają się ostrożnie i cierpliwie, by dobrze rozluźnić mięśnie.
- Czekaj, chodzi ci o to, że mam go wyprowadzać na spacery i takie tam? - Dean pyta.
- Mógłbyś zacząć ze smyczami na penis - prostuje doktor Roberts. - Jeśli chce pan zobaczyć, to na korytarzu mam katalog. Oplata penisa i jądra, to dobry sposób, żeby pozwolić mu zrozumieć swoją wartość i pokazać, jak sprowadza go pan na parter. To powszechny problem, nie rozumieją jak cenni są i dlaczego.
- Ogarniam. - Dean patrzy, jak doktor dodaje kolejny palec, tak, że już dwa palce wsuwają i wysuwają się z Castiela. Trochę dalej na łóżku palce Castiela zaciskają się w pięści - krótka reakcja, która znika jak tylko Castiel stara się uspokoić. - Więc jest w dobrym stanie?
- Jest w wyśmienitym stanie - mówi doktor. - Niech pan tu spojrzy, tu wokół moich knykci? Zwarcie mięśni jest klasy A, a odbyt sam w sobie jest jedwabiście gładki, idealny do otoczenia penisa. A tu... - milknie nagle, marszcząc brwi.
Dean chce spytać: "Co?", ale wtedy słyszy to. Słaby dźwięk, ledwo słyszalny, ale kiedy doktor Roberts zaprzestaje ruchów, może to usłyszeć - delikatny dźwięk cieczy uderzającej o jakąś powierzchnię z wysoka. Doktor pochyla się, delikatnie, by nie wyciągnąć swoich palców, a Dean podąża za jego spojrzeniem.
Pod spodem, skryty w cieniu i rogu tak, że nie byli w stanie zobaczyć tego wcześniej, kutas Castiela jest twardy. Nie tylko twardy, ale z sączącym się preejakulatem, spadającym dużymi kroplami na podłogę z linoleum.
- Whoa - Dean bierze głęboki oddech, jego własny penis podskakuje w ciasnej bieliźnie. - Nie wspomnieli o tym na aukcji.
Doktor Roberts wygląda na zszokowanego.
- Nie mieli pojęcia o jego wrażliwości? - Piękny, czerwony rumieniec spływa po plecach Castiela, potwierdzając, że on sam najprawdopodobniej też o tym nie wiedział. Doktor Roberts nachyla się naciskając delikatnie na jego dziurkę i jest wystarczająco pewny tego, że penis Castiela podskakuje mokro. - W takim razie, panie Winchester, ma pan w swoich rękach skarb i salutuję panu.
- Hej - Dean mówi, starając się zbyt nie ekscytować tym wszystkim, - może nie ma prostaty?
- Dobrze więc... - doktor Roberts marszczy brwi koncentrując się, kiedy obraca swoje palce powoli. Dean zagryza wargę w oczekiwaniu, zaciskając pięść, kiedy Castiel skomli - głośno i bezradnie. Doktor uśmiecha się do niego. - Proszę bardzo. Wstępna inspekcja potwierdza obecność prostaty. - Wyciąga swoje palce z odbytu Castiela i sięga po tacę, biorąc z niej cienką, szklaną pałeczkę z okrągłym guziczkiem na zakończeniu.
Sama pałka jest niewiele grubsza od palca, ale doktor wsadza najpierw jej okrągłe zakończenie w Castiela. Dean zgaduje, że ma to związek z prostatą, co jest wyjaśnione, kiedy doktor mówi:
- Tak możemy wywrzeć lepszy nacisk na gruczoł.
- Sprzedajesz takie? - pyta Dean. - Mam trochę podobnych rzeczy w domu, korki, spinacze i takie tam, ale mam ochotę wyposażyć Casa lepiej.
- Oh, zdecydowanie mogę zaproponować kilka przedmiotów. - Doktor reguluje położenie pałeczki, poruszając nią ostrożnie krótkimi pchnięciami, coraz głębiej w dziurkę Castiela. Wolną ręką dotyka krocza Castiela, powodując u niego szarpnięcia. - Może omówimy to później?
- Spoko. - Dean podskakuje także, ręką szybko ściskając swoją erekcję, gdy Castiel wydaje z siebie piskliwy, cienki głos. Cel doktora Robertsa jest oczywisty. Kiwa głową z satysfakcją, kiedy kontynuuje mocno dźgać prostatę pałeczką. Dean pyta: - Chcesz, żeby doszedł?
- Nie, nie, tylko testuję jego reakcje. Może pan zobaczyć, jak zaciska się wokół pałki? - Doktor Roberts odchyla się do tyłu, by Dean mógł się dobrze przyjrzeć. - Znaczy to, że mógłby dojść tylko od tego. Wewnętrzne ścianki są bardzo delikatne. Sądzę, że będzie mógł dojść kilka razy podczas sesji, chociaż i tak musi pan to sam sprawdzić. Może nawet po kilku treningach nauczy się spuszczać na pańską komendę.
- A co z takimi treningami, żeby dochodził tylko, kiedy będzie miał coś w sobie? - Dean pyta. Krzywi się zażenowany, świadomy tego, jak te pytania podstawowo brzmią. Gdyby tu był Sam, to pewnie przewróciłby oczami. - Przepraszam, nie...
- Nie, dobrze, że pan pyta, niech pan nigdy się nie waha - doktor mówi miło. Wyciąga pałeczkę i ostrożnie ją odkłada. - Taki rodzaj treningu powinien trochę zająć, ale tak, to możliwe. Proszę, niech pan wsunie w niego palce.
- Co, ja? - w ustach Deana trochę zasycha, ale wpatruje się z pożądaniem w tyłek Castiela. - Teraz?
- Tak, teraz. Nie potrzebuje pan rękawic, był czysty jak przewidują standardowe procedury i jest pański. - Doktor Roberts przesuwa się, robiąc Deanowi miejsce do położenia dłoni na jędrnym, wspaniałym tyłku Castiela. Dean drażni go chwilę, dłonią sunąc w górę i dół po przedziałku, co sprawia, że całe ciało Castiela się trzęsie; ale doktor kląska i mówi: - Dalej, może się pan z nim pobawić później.
Tak Dean robi i wsuwa w Castiela dwa palce. To oczywiste, że sprawdził Castiela wcześniej - wszyscy kupcy to robią zanim zapłacą za towar, nawet jeśli dotykanie jest niedozwolone - ale rozpakowanie produktu przez siebie jest kompletnie inne, palce są słodko połykane przez dziurkę Castiela i stuprocentowo rozumie, co doktor Roberts powiedział o jedwabiście gładkich ściankach jego odbytu. Bo są - gładkie i zniewalające. Dean już wysuwa i wsuwa palce w dziurkę Castiela, bo naprawdę to oczywiste do czego został stworzony.
- Mógłby pan dodać kolejny palec? - pyta doktor Roberts.
- Tak, tak myślę... - Dean musi trochę walczyć z mięśniami Casa, ale udaje mu się wsunąć trzy palce. - Jezu, jest naprawdę ciasny.
- Nie tak ciasny, jak był wcześniej. - Doktor Roberts rozszerza pośladki Castiela, by lepiej widzieć, gdzie dokładnie znajdują się palce Deana. - Rozciągnął się, to świetne. Jeszcze kilka takich sesji i będzie pan zdolny wsunąć w niego całą rękę.
- Nie ma mowy. - Dean próbuje sobie to wyobrazić, ale bezskutecznie. - Już nigdy nie byłby ciasny. Lubię go takim, jaki jest teraz.
- Są sposoby, by wzmocnić mięśnie ponownie, kiedy staną się zbyt luźne - mówi doktor Roberts. - Miałem kilku klientów, którzy używali swoich niewolników jako party favor*, potem znowu byli ciaśni; ale to oczywiście pański wybór.
- Party favor? - Dean także to próbuje sobie wyobrazić, zabranie Castiela na przyjęcie i pozwolenie ludziom przekazywania go sobie do przelecenia. - Nie, nie jestem za dzieleniem się. Mogę pozwolić mojemu bratu użyć go raz na jakiś czas, ale to wszystko. A co do fistingu, mmm... Pomyślę o tym, chyba, ale naprawdę chcę poznać go powoli, dowiedzieć się, co może zrobić w moim tempie.
- Wystarczająco uczciwe, panie Winchester. Może pan wyciągnąć z niego palce.
Dean odsuwa się. Doktor Roberts także wstaje i pociąga za ramiona Castiela, chociaż musi to zrobić kilka razu, zanim Castiel w końcu rozumie, że ma wstać.
A kiedy wstaje, Dean wstrzymuje oddech. Castiel jest przecudny, zarumieniony, zrujnowany i napalony, i cholera - nie da się nie dostać wielkiej erekcji na ten widok. Jego niebieskie oczy są ciemne i błyszczą, jego dolna warga jest zaczerwieniona od przygryzania jej.
- Święta... - Dean wzdycha.
- Za chwilę - mówi doraźnie doktor Roberts. W tle słychać słabe trzaski, ale Dean jest zbyt zaaferowany wpatrywaniem się w Castiela, który dopiero po chwili odzyskuje ostrość widzenia i to na czym skupia swój wzrok to Dean.
- Czujesz to ciepło, Cas? - Dean pyta, nawet dla niego jego głos brzmi zbyt chrapliwie. - Czujesz to świerzbienie tam na dole, zamieniające się w swędzenie? Tak, wiem, że to czujesz. Zamierzam się tym zająć, nie martw się. - W oczach Castiela ponownie na moment pojawia się błysk, coś niemal buntowniczego, ale wtedy odwraca się szybko, nadaremnie próbując ukryć to przed Deanem.
- Dobrze, zaczynamy - doktor Roberts mówi. Dean przestaje skupiać się na Castielu i wtedy zauważa, że doktor rozwinął strzemiona łóżka. - Chodź, połóż się tutaj, tym razem na plecach.
Teraz Dean obserwuje dokładnie twarz Castiela, więc wyłapuje jego przelotny grymas. Mimo wszystko Castiel słucha, kładzie się na łóżku i pozwala doktorowi umieścić swoje nogi w strzemionach i rozstawić je szeroko - powodując, że jest to najbardziej rozpustny i smakowity widok, jaki zaserwowano Deanowi w ostatnim - długim - czasie.
- Perfekcyjna poza dla dziwki, prawda? - doktor Roberts mówi dumnie. Z tak rozstawionymi nogami, tyłek Castiela wystaje lekko za łóżko, co ponownie daje idealny widok na jego całą dziurkę. Teraz skóra wokół jest różowa od wcześniejszej stymulacji, a gruby penis Castiela spoczywa na jego brzuchu, beznadziejnie spluwając preejakulatem na skórę.
- Tak cholernie chcę go przelecieć - wybąkuje Dean.
Doktor Roberts śmieje się ciepło:
- Proszę chwilkę poczekać.
Dean trzęsie się, kiedy doktor delikatnie chwyta jądra Castiela, lekko je ugniatając, później sunie palcami po trzonie i sprawdza główkę. W takiej pozycji Castiel nie może dalej ukryć swojej twarzy i Dean z łatwością może zobaczyć, jak jego szczęka się zaciska, gdy odchyla głowę się do tyłu. Doktor Robert także to widzi, kiedy mocno trąca palcem żołądź, sprawiając, że Castiel syczy.
- Chce pan? - Doktor Roberts macha butelką lubrykantu do Deana. - Mogę monitorować wasz pierwszy stosunek.
Dean chce. Zwyczaj publicznego naruszania swoich dziwek na aukcjach już dawno wyszedł z mody, ale Dean czasami o tym rozmyśla, rozmyślał też jeszcze, zanim dostał swoją pierwszą. To nie jest publiczne w tym samym stopniu, znacząco bezpieczniejsze, ale Dean nadal czuje kłębek pożądania narastający w jego pachwinach.
- Dobra. - Dean z trudem rozpoznaje swój własny głos, brzmi tak nisko. - Pewnie, czemu nie.
Nowe emocje prześlizgują się przez twarz Castiela - alarm, niezaprzeczalny i słodki, jakby niespodzianką było to, że Dean chce się z nim pieprzyć. Dean niemal się śmieje. Nie, Cas, zakupiłem cię, żebyśmy grali razem w szachy, ale teraz ważniejsze jest to, że rozpina spodnie, oddychając z ulgą, kiedy jego erekcja w końcu jest wolna.
Doktor Roberts mówi o zwyczajnych rzeczach - mówi mu, by się nie śpieszył, oferuje gumki, ale Dean odmawia - ale Winchester jest zbyt zajęty patrzeniem na Castiela, każdy krok do medycznego łóżka jest przepełniony oczekiwaniem. Oczy Castiela kierują się na niego na moment - a może konkretniej na jego kutasa - i szybko uciekają; a Dean ma nadzieje, że ten rumieniec na policzkach Castiela jest efektem jego zawstydzenia, jak i podniecenia.
- Dobra, zróbmy to. - Dean rozgrzewa ramionami i staje między obscenicznie rozstawionymi nogami Castiela. Doktor siedzi trochę dalej na łóżku ze stetoskopem przyłożonym do klatki piersiowej Castiela, sprawdzając jego oddech i unosząc kciuk do góry.
Dean łapie bazę swojego penisa, trącając główką wejście Castiela. Prawie nie chce się wsunąć, tak niesamowity jest widok mokrych i świecących zmarszczek całujących czubek jego kutasa... ale to byłoby takie głupie.
Więc kontynuuje, naciska i wtedy zagłębia się coraz dalej. Castiel otwiera się przed nim, połykając jego kutasa tak samo, jak połykał jego palce; tak jak myślał - ta przestrzeń jest przeznaczona dla Deana, tylko Deana, jakkolwiek by Dean zechciał, zaciskające się ciepło jest wszystkim o czym Dean marzył, a nawet czymś więcej. Dean patrzy w dół, oddychając ciężko i zahipnotyzowany przez widok grubego trzonu jego własnego kutasa, rozpychającego się i przebijającego się głębiej i głębiej, dopóki nie będzie mógł dalej.
- Boże, niesamowite - Dean oddycha ciężko. Castiel unosi swoje biodra nikle - albo nieświadomy ruch, albo chęć ustawienia się wygodniej - co tylko powoduje, że zaciska się wokół Deana w interesujący sposób. - Jezu, ja pierdolę - Dean warczy. - Zwolnij, Cas.
- Spójrz na niego - mówi doktor Roberts. Dean unosi wzrok, myśląc, że doktor mówi do niego, ale nie, mówi do Castiela. Stetoskop jest już odłożony, a doktor stoi po drugiej stronie łóżka, z dłońmi po obu stronach głowy Castiela. - Spójrz na swojego pana.
Oczy Castiela są zamknięte, a zaciskają się jeszcze mocniej.
- Panie Winchester - doktor Roberts mówi srogo, - jeśli pozwolisz.
Dean na prawdę nie myślał o tym, jak chce zdyscyplinować Castiela - jest na to tak wiele sposobów i powinien to zaplanować lepiej, ale zauważa, że może przyjąć taki obrót rzeczy. Więc teraz godzi się z doktorem i łapie penisa Castiela, naciskając mocno paznokciem na szczelinę w główce.
- Gah! - Castiel wykrzykuje, otwierając szeroko oczy, kiedy jego kutas uwalnia więcej preejakulatu na palce Deana.
- Hej, cudny - Dean mówi, uśmiechając się do Castiela. Tym samym palcem sunie delikatnie po opuchniętym czubku jego penisa. Dobre zachowanie zostaje nagrodzone, prawda?  - Będziesz na mnie ciągle patrzył, dobrze? Witam.
Castiel patrzy na niego, jego stalowoniebieskie oczy migoczą. Dean wie dlaczego; ciało Castiela rozluźnia się wokół kutasa Deana, już akceptując swoją rolę, nawet jeśli jego właściciel wydaje się mieć jakieś zastrzeżenia. Dean kręci swoimi biodrami ostrożnie, wtedy wysuwa się trochę i wsuwa z powrotem.
To wyciska dźwięki spomiędzy warg Castiela - zdyszane i niezamierzone - a Dean chce ich więcej. Wie już, że Castiel będzie głośny - każda jego część jest taka wrażliwa, że nasuwa tylko jeden wniosek - ale też wie, że nie będzie to pornograficzny hałas. Nie, wszystkie dźwięki, jakie wyda z siebie Castiel nie będą wyćwiczone, czy dla pokaz - będą szczere i wymuszone z niego, bo już nie może ich powstrzymać.
- Nie zamierzasz odpowiedzieć na powitanie? - doktor Roberts pyta. Nadal trzyma głowę Castiela, gwarantując, że kontakt wzrokowy nie zostanie przerwany. - To tylko uprzejmość.
Usta Castiela drżą, kiedy się otwierają. Dean przeleci je później, tak jak zamierza przelecieć wszystko, co Castiel ma do zaoferowania, ale teraz Dean wywraca głową cierpliwie, czekając.
- Cześć, Dean - mówi Castiel.
Doktor Roberts otwiera swoje usta, bez wątpliwości żeby zganić Castiela za zbytnie spoufalanie się, ale Dean wtrąca się szybko:
- Cześć, Cas. To nie było takie trudne, prawda? - Kiedy Castiel drży, Dean dławi chichot i mówi: - Retoryczne pytanie, nie musisz odpowiadać. - Dean już zachwyca się głosem Castiela; jeśli brzmi tak przed posiadaniem kutasa w gardle...
- Masz tak zostać - doktor Roberts rozkazuje łagodnie Castielowi. - Zamierzasz patrzeć na niego, kiedy cię bierze. Jego przyjemność jest twoją przyjemnością.
Coraz lepiej widać, jak ciało Castiela wyraźnie się trzęsie. Pot skrapla się na jego czole, kiedy próbuje ciągle patrzeć na Deana, walcząc ze swoją jasną potrzebą, by patrzeć gdzie indziej. Musi czuć się okropnie wyeksponowany, nagi i rozcapierzony. W przeciwieństwie do jego pana, bo Dean jest ubrany, jedyna odsłonięta jego część ciała to kutas, chociaż i tak ciasno otoczona przez wnętrze Castiela.
- Twoje ciało wie, do czego zostało stworzone - doktor Roberts kontynuuje. - Ty wiesz, do czego zostałeś stworzony.
Castiel wpatruje się w Deana, ale zamiast być bezwładnym, jest obecny i czujny, on widzi Deana. Dean myśli, że mógłby utonąć w tych oczach.
- To jest to, czego chcesz - mówi doktor Roberts. - To jest to, czego od tej chwili już na zawsze będziesz pragnąć.
Ostatnie zdanie powoduje, że Castiel ponownie się spina. Dean bierze to za wskazówkę, że ten chce, by pieprzyć go mocniej. Tym razem się nie zatrzymuje, nawet gdy usta Castiela rozwierają się w szoku. Dean po prostu wpycha się w niego, podążając za pragnieniami własnego ciała, zapuszczając się głęboko w ciepło i ciasnotę, które były stworzone dla niego.
- Proszę bardzo - Dean warczy, szybko odnajdując odpowiedni rytm. Napiera do przodu z dłońmi zaciśniętymi na krawędzi medycznego łóżka, by podeprzeć się, kiedy porusza biodrami. Ślizg jest wspaniały z jednego uderzenia na drugie, cipka Castiela jest idealnie śliska i czekająca na niego, desperacko chętna zaciska się drażniąco, jakby chciała wydoić Deana do pusta.
- Cholera, Cas, jesteś niesamowity, tak kurewsko niesamowity.
Może po tuzinie pchnięć, z czego przy każdym łóżko skrzypiało cicho, Castiel zaczyna z trudem łapać oddech, wydając z siebie głodne, urywane dźwięki, które stara się zachować dla siebie.
- Te dźwięki są moje, Cas - Dean warczy. Prze do przodu, pchając się wzdłuż nóg Castiela, by pokazać, że właśnie tu należy. - Nie waż się nawet chować ich przede mną.
To wygląda tak, jakby Castiel chciał potrząsnąć swoją głową, ale nie robi tego, oczywiście, że tego nie robi, bo tak cholernie tego chce, zaciska się wokół Deana jakby chciał go jeszcze głębiej.
Dean czuje potęgę, siłę w taki sposób, jakiego nigdy wcześniej nie zaznał i chce to dać Castielowi tak cholernie. Nie zaprzestaje swoich bujanych ruchów, ale przemieszcza się w poszukiwaniu prostaty Castiela i wybucha śmiechem, kiedy ją znajduje. Wie, że ją ma, bo Castiel wygina swoje plecy i wyje.
On kurwa wyje. a patrząc na szok wymalowany na twarzy Castaniela, Dean jest pewny, że ten nawet nie wiedział, że potrafi z siebie wydać taki dźwięk.
- Dokładnie tam, tak? - Dean mówi, utrzymując właściwy kąt, stale uderzając prostatę Castiela przy każdym uderzeniu jego bioder. - Tak cholernie tego potrzebujesz, co nie, Cas?
- Spójrz na niego - doktor Roberts szczeka. Castiel tym razem nie zwleka z otwarciem oczu i natychmiastowo odnajduje te Deana, chociaż to z pewnością kosztuje go wiele uwagi. Doktor kiwa głową. - Dobrze.
Dean wie, jak to działa. Albo przynajmniej, czytał o tym i wie, że pierwsze oznaczanie jest głęboką, podstawową rzeczą i Castiel na zawsze zapamięta ten moment. Co nie zmienia faktu, że Dean nie wiedział, że on to poczuje, że będzie mógł zobaczyć właśnie ten moment, w którym Castiel zaczyna rozumieć, że ich pierwszy seks jest początkiem czegoś o wiele trwalszego.
Świadomość powoli rośnie w oczach Castiela, w końcu te zaczynają tonąć w tym, że Dean będzie całym jego światem, już jest całym jego światem.
Castiel jeszcze się temu nie poddaje, jeszcze nie, ale Dean zapracuje sobie na to później.
- Oh - mówi Castiel, co jest ostatnim jeszcze jako tako zrozumiałym słowem, które z siebie wydaje, zanim Dean przybija jego prostatę po raz kolejny i wszystko, co z niego wychodzi to mieszanina sylab.
- Zawsze, Cas - obiecuje Dean. Chce, żeby Castiel doszedł na jego kutasie, tak byłoby idealnie, byłoby niesamowicie. Castiel już buja się na chuju Deana, trochę desperacko, ciętymi ruchami, które powodują, że jego erekcja odbija się mokro o jego brzuch. - Już prawie tam jesteś, pozwól mi cię tam zabrać.
Treningi już wydają się być niezłą zabawą, Dean myśli. Niełatwe, może, ale z pewnością zabawne. Jakże mogłyby być inne z tym, jak Castiel kurczy palce u stóp, a jego ciało trzęsie się, kiedy dochodzi, penis, mimo że nietknięty, strzela spermą jak szalony z opuchniętej główki. Castiel przeszedł jedynie luźny trening, ale już jest dziki i rozszalały, płacząc, kiedy przechodzi orgazm.
Dean ma zamiar wstrzymać się trochę, ale śliski tunel Castiela staje się niemożliwie ciasny wokół niego. Jego kutas dygocze, ból, żeby dojść jest nie do zniesienia i nie ma innego wyjścia, musi sobie pozwolić, musi, Castiel o to błaga.
Więc dochodzi, jego orgazm trafia go jak fala uderzeniowa, płynie pod skórą, kwitnąc gorącem, jasnością, wymagający, zmuszający go do utrzymania się i wzięcia go. Dean czuje się, jakby tonął, nerwy są zbyt zaciśnięte, kiedy przyjemność przetacza się przez niego, w niego, jakby nigdy miała się nie skończyć.
Ale się kończy, co jest dobre, bo Dean myśli, że jeszcze chwila mogłoby doprowadzić go do szału.
Dean patrzy na Castiela, co jest prawdopodobnie złym pomysłem, bo nie potrzebuje widzieć, jak bardzo Castiel jest wszystkich przerażony, ale, hah, on wygląda jeszcze gorzej. Dean czuje się załamany i wykończony, ale Castiel wygląda na epicznie wyruchanego, odurzonego z rozszerzonymi oczami, policzkami w łzach i ciałem leżącym bezwładnie na medycznym łóżku.
Dean zbiera ostanie rezerwy siły, jakie mu zostały, by wyprostować się i wysunąć. Kiwa na doktora Robertsa, który szybko przechodzi do inspekcji dziurki Castiela. Podchodzi do strony łóżka, przy Castielu.
Oczy Castiela wyłapują jego ruchy, wydaje się, że to jedyna rzecz, na którą ma jeszcze siłę. Nie protestuje, kiedy Dean delikatnie ujmuje jego policzek.
- Hej - Dean szepcze. - Wszystko w porządku? Boli cię coś? Możesz mi powiedzieć.
Castiel waha się, ale Dean zmusza się do wyglądania na surowego. Radzi sobie, albo jego intencje są zbyt widoczne, bo Castiel mówi cicho:
- Tylko trochę.
- Dobrze - mówi Dean, głaszcząc go po twarzy. - Dziękuję.
- Zero zniszczeń - doktor Roberts komunikuje głośno. - Świetna robota, panie Winchester, tylko go wyczyszczę i może pan go zabrać do domu.
- Dziękuję, doktorze - Dean mówi wdzięcznie i robi coś, na co nie mógł sobie pozwolić wcześniej. Całuje Castiela miło i powoli. Jeśli zrobiłby to wcześniej, Castiel mógłby być sztywny, walczyłby etc, a tak, jest teraz ciepły i uległy, otwierając z łatwością usta dla ust i języka Deana.

Idealnie.


* party favor - drobny upominek od organizatora (wesela, urodzin, bankietu etc.) dla gości, nie ma polskiego odpowiednika.

niedziela, 23 czerwca 2013

Basń o złotym syrenie

Ostrzeżenie: >>fluff<<, soft, oooooo~! kawaii!!, nadnaturalne, trochę manpain, boże, napisałam coś takiego? 

Dawno, dawno temu, za siedmioma górami i za siedmioma lasami żył sobie ubogi rybak. Każdego świtu opuszczał swój dom, by łowić, a późnym wieczorem powrócić do złośliwej żony i gromadki wrodzonych w nią dzieci. Tego dnia, jak co dzień, od samego rana łowił ryby. Po kilku godzinach męczącej pracy odetchnął ciężko i przetarł  pot z czoła, patrząc w bezchmurne niebo. Najchętniej zrobiłby sobie przerwę i schronił przed słońcem, albo po prostu rzucił to w cholerę. Jednak, jak przystało na głowę rodziny, musiał czymś ją wykarmić (a w szczególności żonę). Tak więc schylił się ciężko po zarzuconą przez niego sieć i zaczął ją wyciągać.
- To już ostatnia - powiedział do siebie pocieszająco.
Angus był wyżyłowanym mężczyzną o wypłowiałych od słońca włosach i zadbanej brodzie, był także mocno opalony, w niektórych miejscach skóra była popękana. Przystojną twarz o silnie zarysowanych rysach zniszczyło zmęczenie i zaniedbanie, jednak z biegiem czasu jego szare oczy pozostały pogodne, a spod zarostu nadal widać było cień uśmiechu. Spędzając całe dnie na rybołówstwie, przeklinał się za błędy młodości (szczególnie za matkę swoich dzieci i także zaniedbanie nauki). Często rozmyślał "co by było, gdyby...". Zawsze dochodził do gorzkiego wniosku, że bezsprzecznie byłoby mu lepiej. Potrzebował tylko możliwości naprawy swych dotychczasowych błędów. Czasami nawet śmiał się, że jedyne, co mu jest do tego potrzebne, to złota rybka, która odmieni jego los. Dawno już obmyślił swoje trzy życzenia. Jednak wymarzona złota rybka nie pojawiała się, a rybak myślał o niej jedynie w chwilach rozpaczy. Nie wierzył w bajki dla dzieci, były one jedynie punktem rozmyśleń.
I tak właśnie tego słonecznego dnia stał się niejaki cud, który zachwiał światem Angusa.
Mężczyzna złapał za sieć i zaczął powoli wyciągać ją z wody. Zmarszczył brwi zdziwiony, skupiając wzrok na swoich dłoniach. To on już nie miał siły, czy może złapał naprawdę wielką rybę? Na myśl o wielkiej zdobyczy jego oczy zabłysnęły szczęściem i napiął mocniej wszystkie mięśnie. W końcu uśmiechnęło się do niego szczęście! Jego ciało wypełniła adrenalina. Naprawdę dawno się tak nie czuł! Już widział pod taflą wody ryby przez niego złapane. Przymknął powieki. Ostatnie silne pociągnięcie i wszystko będzie dobrze. Gdy to zrobił usłyszał głośny jęk bólu, a jego łódką mocno zarzuciło. Z trudem zachował równowagę. Rozwarł zaciśnięte oczy i zszokowany spojrzał na dno łodzi. Rozwarł usta.
- Boże - wyrwało mu się.
Chciał się odsunąć, ale nie miał gdzie. Zdezorientowany wpatrywał się w istotę zaplątaną w jego sieć. Przecież to przyniesie mu więcej problemów, niż szczęścia! Nie tak miało być - myślał gorączkowo. Na pierwszy rzut oka pomyślał, że wyłowił jakiegoś martwego chłopaka, ale przeczyła temu szybko unosząca się klatka piersiowa i jasne oczy, które wpatrywały w niego uważnie. Potem, gdy nie mógł zauważyć żadnych nóg, pomyślał, że ten jest kaleką i chciał się z rozpaczy utopić... ale przecież w miasteczku nie było żadnej niepełnosprawnej osoby. I wtedy zauważył masywny, złoty ogon, który łączył się z tułowiem chłopaka. Syrena. Najprawdziwsza syrena.
Nie mogąc powstrzymać ciekawości zbliżył się do chłopaka i uklęknął przy nim. Obserwując go, powoli wysunął dłoń w stronę ogona. Wszystkiemu towarzyszyła cisza. Mężczyzna dotknął łusek, wstrzymując oddech. Jedyne, czym różniły się od normalnych, rybich, było ich ciepło. Oderwał wzrok od kończyny, przenosząc go wyżej. Na wysokości kości biodrowych łuski traciły kolor i przechodziły w na oko ludzką skórę, dalej chłopak był normalny. Może oprócz skrzeli za uszami. Angus zamrugał. Zawsze myślał, że nie ma męskich syren, a jeśli już to będą szpetnymi bestiami - jakże się mylił. Chłopak leżący przed nim był młodziutki i niezwykle przystojny. Musiał go uwolnić z siatki, jednakże bał się, że ten coś mu zrobi lub ucieknie. Nie chciał, żeby ten uciekł, a jeszcze bardziej, żeby go zaatakował.
- Poczekaj, uwolnię cię - mruknął, siląc się na spokój.
Syren skinął nieśmiało głową, przygryzając wargę. Pewnie się bał. Rybak sięgnął do swojej torby i wyciągnął z niej nóż, którym zaczął rozcinać sieć. Wiedział, że żona będzie na niego za to wściekła. Kiedy był już w połowie, chłopak spojrzał mu prosto w oczy i spytał:
- Co mogę dla ciebie zrobić?
Angus rozchylił wargi zdziwiony, spoglądając na niego.
- Nie musisz! - zaprzeczył szybko. - Poraniłeś się przeze mnie.
- Tylko zadrapania - odparł. - Zawsze mogłeś mnie zabić...
Rybak skrzywił się. Dlaczego ten mu o tym mówi? Powrócił do uwalniania go.
- Chcesz zginąć?
- Nie! - zaprzeczył chłopak gwałtowanie.
- To dlaczego podsuwasz mi ten pomysł?
- No wiesz... większość by tak zrobiła.
- Zrobiłaby - przytaknął.
- Dlatego chcę się odwdzięczyć - uśmiechnął się lekko.
- Jak się nazywasz?
- Ian... A pan?
- Angus. Więc Ian, naprawdę nie musisz.
- Ale w tej sytuacji to mój obowiązek!
Rybak zdziwił się, po czym szybko uśmiechnął.
- I co niby mógłbyś zrobić, Ianie?
- Spełnię twoje trzy życzenia?
Mężczyzna prychnął rozbawiony.
- W takim razie - na chwilę przerwał, przecinając ostatni węzeł, - wskocz do wody, zapomnij o tym i nie daj się już nigdy złapać.
- Żartujesz sobie ze mnie? - chłopak uniósł się na rękach, przybliżając do rybaka.
- Nie. Chcę dla ciebie jak najlepiej.
- To daj mi spełnić przynajmniej trzy życzenia dla ciebie!
- Oh, daj spokój i uciekaj!
- Nie, bo nie da mi to spokoju. Uratowałeś mnie, więc muszę się zrewanżować.
Angus usiadł zrezygnowany na dnie łodzi, naprzeciwko syrena. Palcami zaczął bawić się bródką. Dlaczego ten dzieciak się tak uwziął? Naprawdę mógł być taki prostolinijny? Odetchnął głęboko.
- Chcę znowu być dzieckiem - rzucił.
Syren zamrugał zaskoczony.
- Dzieckiem? - parsknął.
- Żeby zacząć życie od początku - wytłumaczył krótko.
- Ale nie mogę tego zrobić...
- Jesteś magiczną istotą i nie możesz czarować?
- Nie jestem czarownikiem, tylko syrenem - skrzyżował ręce na piersi.
- To wymyśl coś.
- Jeśli chcesz zacząć od początku, to... mogę ci pomóc stąd odejść.
Angus roześmiał się na to głośno.
- I z czego się śmiejesz?! - obruszył się.
- Mam tu rodzinę i dzieci - odparł, - nie przeżyją beze mnie.
- To żyjecie tylko z połowu ryb? - spojrzał na niego zdziwiony.
- Staramy się - skrzywił się lekko.
- To będę dla ciebie wyławiać największe sztuki! - uradował się.
Angus uśmiechnął się lekko. Pewnie wyłowi mu takie z kilka razy, a później zniknie i znowu będzie musiał sobie radzić sam. Co i tak nie zmieniało faktu, że taka pomoc stanowczo mu się przyda.
- To już jedno życzenie mamy za sobą i sądzę, że na tym starczy - stwierdził Angus. - Twoja pomoc na pewno ułatwi mi życie.
- Nie, spełnię minimum trzy życzenia.
- Nie odpuścisz?
- Chcę ci pomóc zacząć od początku - uśmiechnął się szeroko.
- Od początku nie da rady.
- Ale i tak mogę coś zmienić na lepsze.
Angus westchnął. Całe zdarzenie lekko go przytłoczyło. I jeszcze teraz zapanowała taka niezręczna cisza.
- Poczekaj chwilę, to jeszcze dziś przyniesiesz do domu wielką rybę.
Skinął głową, śledząc każdy ruch chłopaka. Poruszał się całkiem zwinnie z tym wielkim ogonem zamiast nóg. Ciekawe, ile ważył? I ten chłopak żył tylko w wodzie? Jeśli tak, to gdzie dokładnie? A może zamieniał się w człowieka? Miał rodzinę? Ma powiedzieć o nim komukolwiek? Nie! Stanowczo nie może. Albo go wezmą za dziwaka i jego żona będzie miała kolejny powód do wyśmiewania się z niego, albo jego sąsiedzi nie spoczną, póki nie zabiją Iana. Chociaż pierwsze wyjście podświadomie mu się spodobało - mógłby bez przeszkód odejść. Przetarł czoło dłonią i schylił się po ryby leżące na dnie łódki. Zwinął jeszcze zniszczoną sieć i czekał. A jeśli chłopak tak naprawdę uciekł i teraz się z niego śmieje? Cierpliwie czekał. Przecież znalezienie dużej ryby na pewno musi zająć dużo czasu nawet synowi wody.
Ian pojawił się po krótkim czasie z dwoma, średniej wielkości rybami.
- Jak wrócisz od razu z kolosem, to później też będą narzekać - mrugnął do niego. - Widzimy się jutro!
Pomachał ogonem nad wodą i zniknął pod taflą. Rybak był zachwycony. Właśnie trzymał w rękach największe ryby, jakie w życiu widział... i ponoć były średniej wielkości. Zadowolony wrócił do domu, w którym przyjęto go cieplej niż zwykle. Dawno nie miał tak udanego dnia.
Z syrenem spotykał się codziennie. Zawsze gdy wpychał łódź do wody i wskakiwał do niej, natychmiast spod tafli wyłaniała się uśmiechnięta twarz Iana. Chłopak wyciągał wtedy spod wody worek pełen ryb i podawał go Angusowi. Resztę dnia spędzali rozmawiając i żartując. Nie wspominali o pozostałych dwóch życzeniach. Nie było po co. W domu żona była dla niego życzliwsza, a dzieci przymilały się do niego.
- Łowisz coraz większe ryby i coraz później wracasz - zaśmiała się raz jego żona, podając kolację.
Angus naprawdę się wtedy zdziwił.
- Naprawdę?
Kobieta skinęła tylko głową. Stopniowo jej mąż wracał coraz później do domu, co wcale jej nie przeszkadzało. Póki wyniki jego siedzenia nad wodą były takie dobre - mógł tam nawet siedzieć całe dnie. Jednak rybaka nie obeszło to tak jak jego żony. Nie zauważył tego, że coraz więcej czasu spędza z młodziutkim syrenem i coraz ciężej jest mu wrócić do rodziny. Iana znał lepiej niż jego dzieci razem wzięte, zaczął się nawet zastanawiać, czy nawet nie lepiej od żony. Postanowił to zignorować i cieszyć się teraźniejszością.
Ian go interesował i co go niezmiernie cieszyło - on chłopaka też. Syren wypytywał go o wiele rzeczy, zawsze wsłuchiwał się we wszystko, co mówił i co najlepsze znał się na rybach. Angusowi od dawna potrzebny był taki towarzysz. Nawet wypowiadanie się o problemach rodzinnych nie sprawiało mu trudności przy chłopaku. Przy nim czuł się dobrze, tak lekko, jak kiedyś, gdy mógł mieć każdą dziewczynę, był przystojny i lekkomyślny.
- Wiesz, że w tej łódce z tobą, czuję się o wiele lepiej niż w domu? - rzucił raz do Iana, dryfującego na plecach przy jego łódce.
Szatyn natychmiast zerwał się do pionu i wyskoczył z wody, całując go w usta. Już po chwili go nie było. Pozostawił po sobie jedynie okręgi na wodzie i pustkę w głowie Angusa. Mężczyzna przyłożył sobie dłoń do ust i nie mógł oderwać wzroku od miejsca, w którym przed chwilą był jeszcze syren. Dlaczego ten go pocałował? Dlaczego to takie przyjemne? Czy on wróci? Bo wróci, prawda?
Angus jeszcze długo dryfował, wpatrując się w niebo. Do domu wrócił długo po zmierzchu i opuścił go przynajmniej godzinę przed wschodem słońca. Musiał wyjść. Skierował się od razu do swojej łódki. Kilka metrów przed nią, zauważył, że w wodzie, obok niej ktoś siedzi. Jego serce zabiło mocniej. Gdy zbliżył się do postaci i był stuprocentowo pewny, że to Ian, ten odwrócił głowę w jego stronę.
- Hej, Angus - jego głos ociekał niepewnością.
Zamiast odpowiedzieć, mężczyzna złapał go za tył głowy i pocałował delikatnie w usta. Ian natychmiastowo rozpogodził się i zarzucił mu ramiona na szyję, przyciągając go do siebie ciasno.
- Jak się ciesze, że nie jesteś zły - szepnął.
- Kto powiedział, że nie jestem? Całą noc nie zmrużyłem oka.
Chłopak roześmiał się i schował głowę w zagłębienie jego szyi.
- Przepraszam.
- Chyba należy mi się coś więcej, niż samo przepraszam - rzucił z rozbawieniem, a chłopak odsunął się od niego, wpatrując w jego oczy zauroczony.
Każdy dzień Angusa spędzony z Ianem był jak dar od Boga. Rybak dawno nie czuł się tak szczęśliwy, był chciany, dotykany, całowany i przede wszystkim doceniany. W swoich myślach unikał stwierdzenia, że chłopak jest w nim zakochany, czy odwrotnie - on w nim. Z nieznanych mu powodów było to dla niego ciężkie do przełknięcia. Może bał się teoretycznie możliwego odrzucenia, bo praktycznie chłopak wpadł jak śliwka w kompot i nie było mowy o tym, by zrezygnował ze swojego rybaka. Miłość była dla Angusa nieznana, obawiał się jej, a także pragnął, a zarazem wolał o niej nie myśleć - nie był już przecież dzieciakiem. Miał rodzinę, pracę, dom... kochanka. Kochanka, którego pokochał i bał się do tego przed sobą przyznać. Bo zdradzał swoją żonę, jak ojciec jego matkę.
Powoli sunął palcem po gładkim boku Iana, całując go lekko po szyi. Boże, mógłby tak trwać z tym chłopakiem na łódce całe życie. Bez żadnych obowiązków, tylko oni razem.
- Wyglądasz młodziej, niż kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy, wiesz? - szepnął mu do ucha syren, ocierając się policzkiem o jego ramię.
- Mam tylko 25 lat, powinienem wyglądać młodo.
- 25? - Ian przejechał dłonią po zaroście rybaka. - To przez te włosy, wiesz?
- Wiem... ale lubię je - cmoknął go w nos. - Będę musiał wracać - skrzywił się.
- Ale zobaczymy się za kilka godzin - Ian uśmiechnął się do niego pogodnie.
Angus nie wiedział, jak ten potrafił znieść z uśmiechem to, że posiadał dużą rodzinę, do której wracał  każdego wieczora, że każdą noc spędzał noc z żoną - oczywiście odbywało się to bez żadnego kontaktu cielesnego, ale mimo to na jego miejscu Angus czułby zazdrość. Na samą myśl, że Ian miałby kogoś takiego... ale przecież nie miał. Miał tylko jego, bo musiał uciec z miejsca, w którym mieszkał, zostawiając tam wszystko, co posiadał. Śmiał się, że jego nieszczęście przyniosło mu wiele korzyści - został wyłowiony przez Angusa. Rybak lubił być nazywany "korzyścią", chociaż coś podpowiadało mu, że nie powinien - brzmiało to zbyt cynicznie - ale Ian był zbyt szczery i uroczy, by mieć coś tak zgniłego na myśli.
Tego wieczora wracał do domu wcześniej niż zwykle. Gdy wszedł do domu, jego dzieci kłóciły się głośno, a żona jeszcze nie zdążyła przygotować posiłku dla niego. Zostawił w pustej kuchni ryby i ruszył do sypialni, szerokim łukiem omijając dzieciaki. Szczerze za nimi nie przepadał. Otworzył drzwi sypialni i skamieniał. Jego łóżko skrzypiało pod ciężarem dwóch ciał, w których rozpoznał swoją żonę i owdowiałego aptekarza. W tamtym momencie nie czuł nic - wszystkie uczucia znały się w jedno. Chciał jedynie, by oni w końcu przestali się ruszać i pozwolili mu się skupić. Cholera. Nie był wściekły, bo nie kochał żony i nie chciał jej. Szczęśliwy - był w za dużym szoku, by to uczucie jeszcze w nim zakwitło. Poniżony? Tak. Mimo wszystko żona - kobieta, która powinna być mu wierna - zdradzała go (notorycznie?) w łóżku, w którym spał. Jednak uczucie szybko zniknęło- jakim musiałby być hipokrytą! Przynajmniej zniknęły męczące go wyrzuty sumienia i otworzyły mu się oczy. W końcu mógł zostawić żonę, odejść, być z Ianem.
Przybierając na twarz grymas pełen złości wkroczył do pomieszczenia i zaczął pakować swoje rzeczy, których zresztą nie było dużo. Wtedy kochankowie spleceni ciasno na jego łóżku, zauważyli go.
- Angus! - wrzasnęła jego żona przerażona.
Mężczyzna zignorował ją, nie przerywając swojej czynności. Chciał po prostu odejść.
- Co ty robisz?!
- Odchodzę, nie widzisz? - warknął.
- Trzeba było pilnować swojej własności - bez żadnego powodu rzucił aptekarz, akcentując każde słowo, jakby cytował swoje życiowe motto, smakując mądrość spływającą ze zlepku słów.
Co jego żona widziała w takim manierycznym bufonie?
- A bierz ją sobie - wzdrygnął się.
Kobieta zatrzęsła się ze złości, jednak nie wiedziała, co powiedzieć.
- Wmanewruj teraz innego idiotę w ślub - rzucił do niej. - Zabieram łódź i sieci.
Chciała zaprotestować, ale ten uciekł szybko z pokoju i niemal wybiegł z domu, ruszając do swojej łódki. Odbił się szybko od brzegu i dryfował po wodzie, leżąc na dnie łodzi. Musiał się uspokoić. Co on teraz zrobi? Dlaczego tak bardzo przeżywa tę zdradę? Gdzie on teraz zamieszka? Leżał, wpatrując się w gwiazdy. Cholera, ciekawe, ile to trwało?
- Angus? - usłyszał ciche pytanie.
Podniósł się do siadu i rozejrzał.
- Ian?
- Co tu robisz? - chłopak patrzył na niego zaniepokojony z wody.
- Ja... - roześmiał się nagle, to było jakieś chore, naprawdę. - Przepraszam cię... ale wróciłem i okazało się, że żona mnie zdradza. I to i tak boli - wyszeptał.
Ian rozwarł usta. Też nie wiedział, jak zareagować. Smutek spowodowany bólem Angusa mieszał się ze szczęściem - w końcu ten był tylko jego, prawda?
- Będzie dobrze - zapewnił, uśmiechając się pokrzepiająco.
- Wiem - Angus odwzajemnił uśmiech i westchnął. - Ja... - zaczął niepewnie, - mógłbyś spełnić moje życzenie?
Oczy Iana zabłysły.
- Oczywiście! Co tylko chcesz - zapewnił.
- Znalazłbyś mi dom? Oczywiście blisko wody. O pieniądze nie musisz się martwić, dzięki tobie dużo zaoszczędziłem i...
- Szzzz - Ian przyłożył mu palec do ust, uśmiechając się lekko. - Jeszcze wieczorem wprowadzisz się do nowego domu, a teraz pozwól mi wejść do łodzi - mrugnął do niego.
W tym momencie na usta Angusa cisnęły się dwa słowa: "kocham cię", ale powstrzymał się przed ich wypowiedzeniem, przygryzając dolną wargę i uśmiechając się do niego ciepło. Nie mógłby powiedzieć teraz, że go kocha... to by było nieodpowiednie. Spędzili noc w łodzi, tuląc się do siebie i ciesząc swoją bliskością., aż nadszedł poranek i Ian zniknął pod wodą, obiecując mu wcześniej, że wróci wieczorem. Angus czekał, zabijając czas na marnych próbach połowów. Gdyby nie Ian, nigdy nie uzbierałby pieniędzy i na pewno nie odszedłby od żony - nie miałby wystarczająco pewności siebie, by wykonać taki krok.
W końcu, gdy zaczynało się robić ciemniej, Ian wrócił z pełnym satysfakcji uśmiechem.
- Znalazłem coś niemal idealnego! - wykrzyknął od razu, uśmiechając się od ucha do ucha.
- Prowadź? - spojrzał na niego nieśmiało.
- Kiedy zrobi się ciemniej, bo będziemy musieli przepłynąć przez używany odcinek rzeki, wiesz? - okręcił się wokół własnej osi w wodzie.
- Boże ... nie wiem, co bym bez ciebie zrobił - Angus przejechał dłonią po czole. - Nie złowiłem nawet jednej ryby bez ciebie i tak mi pomagasz... Jesteś niezawodny.
- Weź przestań - syren, wczołgał się do łodzi rybaka i ułożył przy nim zadowolony. - Chociaż mógłbyś mnie nagrodzić za moją niezawodność, wiesz?
- Chyba wiem, co masz na myśli - prychnął pod nosem i złączył ich usta w delikatnym pocałunku.
I wtedy, kiedy ciemność zapadła na dobre, Ian wsunął się do wody i zaczął ciągnąć łódź tylko w sobie znanym kierunku. Nie wiadomo, kiedy Angus zasnął wymęczony multum emocji. Otworzył powieki wraz z pierwszymi promieniami słońca i pierwsze, co zobaczył, to zadowolona mina Iana. Zaspany i obolały, objął chłopaka ramieniem i przycisnął do siebie.
- Jesteśmy na miejscu - jego ucho połaskotał ciepły oddech chłopaka.
Rybak ucałował go w szczękę i wyprostował się. Wokół było pięknie, a co najważniejsze jego przyszły dom - jedyny tutaj - stał blisko brzegu jezior, na uboczu małego miasteczka. Jego oczy zwilgotniały, a na usta wypłynął szeroki uśmiech.
- Twój dom, Angus - Ian otarł się o niego, przerzucając ogon przez burtę łodzi.
Angus zapatrzył się na niego.
- Nasz - rzucił i zobaczył, jak syren zakrztusił się w szoku. - Boże! Spokojnie! - zaczął go klepać po plecach, jedną ręką ściskając uspokajająco jego ramię.
- Angus, ty naprawdę chcesz, żeby to był NASZ dom? - chłopak spojrzał na niego z nadzieją w oczach.
- Tak.. takie jest moje życzenie - przełknął zawstydzony ślinę. - Chciałbym z tobą być, nie tylko na wodzie, ale też na lądzie.
Chłopak natychmiastowo spurpurowiał, nie mogąc oderwać od mężczyzny wzroku. To wyznanie sprawiało, że nie wiedział, jak oddychać, to było takie...
- Jeny, Angus, ja będę wieczorem! Przyjdę i Jezu, muszę lecieć - cmoknął go szybko i uciekł.
Rybak znowu poczuł się, jak ten nocy, gdy syren pocałował go po raz pierwszy - taki niepewny. Przeczesał włosy i wyszedł z łodzi. Był dopiero poranek, do wieczora miał masę czasu... Masę czasu wypełnionego bezlitosnym uciskiem żołądka i wizjami wszystkich, możliwych scenariuszy. Rozkojarzony obejrzał swój nowy dom, który szczerze przypadł mu do gustu i przeszedł się do miasteczka, nawiązując od razu wiele znajomości. Było tak dobrze, aż za dobrze. Kiedy nadchodził wieczór, leżał skulony w swoim łóżku próbując opanować dygoczące serce. Tak cholernie mu zależało na Ianie, tak wiele mu zawdzięczał i tak bardzo pragnął go na wyłączność i tak bardzo chciał mu to wszystko pokazać. Z myśli wybudziło go pukanie do drzwi. Uświadomił sobie, że po raz pierwszy zobaczy chłopaka na nogach, bez ogona. Zerwał się jak poparzony z łóżka, by otworzyć gwałtowanie drzwi.
Ian stał tam wpatrując się w niego speszony, gdy oczy Angusa lustrował go nachalnie. Syren fuknął pod nosem i wsunął się do domu, zamykając za sobą drzwi.
- Zawstydzasz mnie, wiesz? - mruknął, wtulając się w jego szeroką klatkę piersiową.
- Nieprzyzwyczajony do braku ogona i ubrań? - uśmiechnął się, całując go w czoło.
- Szczególnie do ubrań? - uśmiechnął się w jego pierś, a Angus zadrżał.
Złapał w dłonie twarz syrena i przyciągnął go do głębokiego pocałunku. Ian przylgnął do niego od razu, a potem pozwolił unieść się Angusowi do góry i zostać przypartym do ściany.
- Masz śliczne nogi - powiedział rybak, przejeżdżając po umięśnionych kończynach dłońmi.
- Boże - chłopak mruknął, chowając twarz w jego szyję. Nie miał pojęcia, dlaczego to go tak peszy i podnieca. Rybak zaśmiał się i znów złączył ich usta.
- Mały, ja... chcę, żebyś wiedział, że cholernie dużo tobie zawdzięczam i jesteś pierwszą osobą, której tak bardzo nie chcę stracić? - wyszeptał do niego z czułością Angus.
- Wiem - uśmiechnął się radośnie i przytulił go mocno. - Też cię nie chcę stracić i wiesz... wiem, gdzie mieszkasz, więc nawet nie masz szans przede mną uciec.
- Cholera, kocham cię i pragnę, czemu miałbym chcieć?
- Angus - chłopak obdarzył go rozgorączkowanym spojrzeniem, - chyba chcę zobaczyć, jak wytrzymałe masz łóżko, kochanie. Nawet nie chyba. To jest takie... Boże, też chcę i to jak!
- Tak? - zamrugał.
- I to jak - potarł policzkiem o jego.
Angus nie potrafił powstrzymać wielkiego uśmiechu kwitnącego mu na twarzy. Trzymał właśnie w rękach swoją w pełni odwzajemnioną miłość i nie miał innego wyjścia, jak cieszyć się nią i czerpać z niej szczęście. I teraz nadszedł czas na przypieczętowanie uczucia. W ich sypialni - wspólnej.


Czy to zawiera morał? W końcu każda baśń powinna taki mieć. I Boże, naprawdę to napisałam? 

poniedziałek, 2 lipca 2012

Trampolina

Ostrzeżenia: POV, łagodne, na dworze, nieletni. 

- Marcin!
Automatycznie stanąłem odwracając się lekko. Zza przeszklonych drzwi basenu mogłem zobaczyć biegnącego w moją stronę Maćka. Że ma jeszcze siłę biec po treningu. Chłopak pchnął drzwi i stanął przy mnie zarzucając lewą rękę na moje biedne barki. Speszyłem się lekko, ale nie dałem po sobie tego poznać. W końcu to ja tu byłem od obmacywania i zawstydzania kolegów. Nie mogło się okazać, że taki boss jak ja, zarumieni się na taki lekki gest i sturla się ze schodów. Swoją drogą nie lubiłem tych schodów - były za strome.
- Hm? - mruknąłem odwracając wzrok od jego podejrzanej buźki.
- Chcesz wbić do mnie na działkę? - zaproponował odsuwając się.
- Spoczko - przytaknąłem z ulgą przyjmując to, że przestał obciążać mi ramiona. Naprawdę nie miałem sił... Ale jeśli nie mam sił, to po co zgodziłem się jechać do niego na działkę? W ogóle to gdzie on ma tą działkę? Czekaj, czy to mnie powinno obchodzić? Muszę być obojętny, tak? Buch, może zgodziłem się na to, żeby popatrzeć dłużej na jego ciałko? Tak, to na pewno to. W końcu jaki gej nie lubi popatrzeć na ładnie umięśnione ciałko? A jeszcze ten widok ma mi być odebrany na 2 tygodnie. Czuję, że będę musiał znaleźć klucz do drzwi mojego pokoju, albo zrobić coś z rodzicami.
Całą drogę uśmiechał się podejrzanie. Jeszcze nigdy nie widziałem takiej dawki szczęścia na jego twarzy. Może szykowano mi jakąś niespodziankę? Gej party? Drużynowy gwałt? Nie. Chłopcy byli na tyle poukładani, że nie mogliby później spokojnie spojrzeć w lustro... Chociaż moim zdaniem Bartek powinien mieć z tym problemy już od dawna. Z rozmyślań nad brzydotą Bartosza wyrwała mnie kojąco chłodna dłoń Maćka, która zacisnęła się mocno na moim nadgarstku. Z trudem opanowałem dreszcz. Boże, Marcin staczasz się. Chłopak wyciągnął mnie gwałtownie z autobusu nie puszczając mojej ręki. W sumie to miłe... ale i tak dziwne. Pozwoliłem sobie na lekki uśmieszek i kontemplacje terenu. Jednopasmówka, wąski chodnik, jednorodzinne domki jeden przy drugim, drzewa. Zatrzymaliśmy się przed jedną z tych najbardziej reprezentacyjnych bram. Maciek zrzucił z siebie plecak i zaczął szukać w nim kluczy. Spokojnie mogłem po raz kolejny przyjrzeć się jego pośladkom. Ta czynność nigdy mi się nie znudzi. Jego pośladki są takie... inne. Niczyje pośladki mnie tak bardzo nie jarały. Miałem ochotę je dotykać, ugniatać, podgryzać, może nawet oklepać, by się zarumieniły... o Boże. Aż mi się ciaśniej zrobiło. Jeśli mam tutaj z nim spędzić czas, to muszę się ogarnąć - i to szybko. Pierwsza przyszła mi na myśl moja wychowawczyni. W miarę pomogło. Dopieściłem jeszcze kilka obrzydlistw z nią w roli głównej i mój odczyn podniecenia był w miarę obojętny.
- Nie stój jak kołek, właź - wyszczerzył się do mnie zabierając się za otworzenie drzwi domu.
Przełknąłem ciężko ślinę. Kołek dla zboczeńca przywodzi tylko jedną rzecz. No może dwie. Zamknąłem furtkę i przeciągnąłem się zamykając oczy. Gdy je otworzyłem wrota do domku były otwarte. I środek nie przywodził mi na myśl zwykłego, letniego domku, jakie stoją na działkach - to był zwykły dom, żadna działka.
- Masz gdzie rozwiesić ręcznik i slipki? - rzuciłem wyjmując z torby mokre rzeczy.
- Ręcznik możesz położyć na fotelu w ogrodzie, a slipki masz założyć - wyprodukował z siebie przeczesując włoski i wyjmując sok z lodówki.
- Po co mi slipki? - zmarszczyłem brew.
- Opalisz się, popływamy...
- Chce ci się pływać? - Masz tutaj basen? Boże.
- Zawsze i wszędzie - puścił mi oczko i gdzieś ruszył. - Tu jest łazienka - wskazał jeszcze ręką i zniknął.
Odetchnąłem głęboko. Mam lekkie obawy, ale ruszyłem do łazienki się przebrać. W końcu co może takiego złego się stać? Z Maćkiem znam się już 7 lat, to długo. I od zawsze podniecał mnie jego tyłek - upokarzające. W podstawówce byliśmy w tej samej klasie. Rywale. Walczyliśmy o bezwartościową lalkę - pustą w środku, bogatą,z zewnątrz. Obserwowałem, jak się zmienia. Najpierw krytycznie, jako wróg, potem już obiektywnie jako przyjaciel i członek tej samej drużyny. Na szczęście zaszły w nas w większości pozytywne zmiany - nie tylko psychiczne, ale i fizyczne. Do tych fizycznych śliniłem się codziennie. Oczywiście nikt o tym nie wiedział. Uważano mnie za niewyżytego heteryka obmacywacza. Wyszedłem z łazienki kierując się do źródła plusków. Maciek udawał fajnego popylając dowolnym od ściany do ściany. Oderwałem wzrok od jego umięśnionych plecków skupiając się na trampolinie obok. Rzuciłem ręcznik na fotel przy basenie, po czym walnąłem się na trampolinie. Na plecach. Z rozwalonymi kończynami. Leżałem próbując nie myśleć o czającym się obok Maćku, o jego pośladkach, wodzie cieknącej po jego delikatnym kaloryferze. Zagryzłem wargę, zaciskając mocniej powieki.
- Marcin.
Uchyliłem lekko oczy podciągając się do siadu. [podkład ^u^ http://www.youtube.com/watch?v=ZBFo9XCmSXs]. Boże. Nawet w wyobrażeniach nie ociekał tak seksem. Siedział przede mną na kolanach z nogami rozjechanymi na boki. Jego ciało błyszczało w promieniach słońca. Na ustach błądził ten jego specyficzny uśmieszek zwycięscy, a oczy... było w nich coś nowego, czego jeszcze u niego nigdy nie zaobserwowałem. Podniecenie? Rozszerzyłem oczy. Usta chyba też bezwiędnie się rozchyliły.
- Kołek - prychnął rozbawiony stając na czwaraka i przysuwając się. - Pomóc?
- Maciek... - jęknąłem, gdy był blisko, tak cholernie blisko. Wyraźnie czułem w skroni pulsującą coraz szybciej krew. - Co ty? - wydusiłem z siebie zanim nie usadowił się na moich biodrach.
- Biorę to, co chce - przymróżył oczy muskając moje usta swoimi. Fak. Ręce same zacisnęły się despotycznie na jego pośladkach, a usta docisnęły do jego. Językiem bładziłem po jego miękkich wargach, póki nie wpuścił mnie do środka. Języki spotkały się walcząc o dominację. Przegrałem, gdy jego ręka znienacka znalazła się na moim kroczu. Wstrząsnął mną cholerny dreszcz. Jęknąłem głośno dając się popchnąć do tyłu. Ściągnął nam byle jak slipki łapiąc obie męskości w dłoń. Szeptał coś, ale nie słuchałem,.było zbyt dobrze. Moje biodra same unosiły się i opadały pomimo ciężaru Maćka. Świat zaczął tracić na wyrazistości, a napięcie w lędźwiach zniknęło uwalniając falę przyjemności podkreśloną moim krzykiem. Chciałem odetchnąć, ale długi palec chłopaka zaczął wwierać mi się w tyłek. Pierwszy raz z przyjacielem na trampolinie. Skrzywiłem się, ale nie było tak źle. Zaraz doszedł drugi palec i jego język sunący po całej długości mojego członka. Przyjemnie. Pieprzony grzech. Poruszały się we mnie już dwa palce. Sam biodrami prosiłem o więcej. Dał mi to. Zarzucił moje nogi na swoje biodra, przystawił główkę i wsunął się. Z głuchym okrzykiem otworzyłem oczy zamknięte od dłuższego czasu. Jak na nasz wiek był duży. Spojrzałem prosto w jego zamglone paczałki, zarumienione policzki, uchylone usta. Przyciągnąłem go do siebie ręką, od razu wpychając mu język do gardła. Poruszał się coraz szybciej, wydobywając ze mnie, co chwilę, głośniejsze jęki. Było tak dobrze. Skończyło się kilkoma płytkimi, gwałtownymi pchnięciami i cieczą na brzuchach. Łapałem głośno powietrze obejmując Maćka. Leżeliśmy już w wygodniejszej pozycji. Nóżkami oplatałem go gdzieś nad tyłkiem ciesząc się ciepłem jego ciała. Byłem cholernie zmęczony, momentalnie zasnąłem.
Obudziłem się umyty w jego bokserkach, jego łóżku, jego pokoju, jego objęciach... i nie miałem ochoty się z nich wyswobadzać. Wtuliłem się w jego klatkę piersiową ponownie udając się do krainy Morfeusza.

piątek, 2 grudnia 2011

Jon x Edward

Ostrzeżenia: łagodne sceny
N/A: Moje pierwsze dzieło <3

W całej okolicy było słychać, że Jonathan urządził imprezę. Jednak, tym razem nie była to zwykła, jak dotychczas potańcówka, dzisiaj Jon miał swoją upragnioną 18tkę, więc zaprosił na nią wszystkich znajomych. Było już grubo po północy, jednak nikt z gości nie stracił chęci do zabawy. Jon lawirował między tańczącymi, aż dotarł do kuchni. Przy stole siedzieli jego najlepsi kumple i grali w karty. Gdy skończyli rozdanie, zwycięzca zaczął się głośno śmiać.
- Z czego się tak cieszysz, Ed? - spytał szatyn podchodząc do stołu.
- Znowu ich ograłem - zerknął na ponurych towarzyszy i zarechotał głośniej- 10 raz z rzędu.
Jonathan spojrzał na kolegów i oparł się rękoma o oparcie krzesła Edwarda.
- Tyle razy daliście się orżnąć? - prychnął marszcząc brwi i nachylił się nad blondynem. - Czyli masz takiego farta?- mruknął.
- Taa... mógłbym zostać zawodowym farciarzem, nie? - wyszczerzył się i chciał założyć ręce za głowę, ale głowa Jona mu przeszkodziła. Westchnął tylko i zerknął na przyjaciela. - Co się tak szczerzysz?
- Sprawdzimy, czy masz takiego farta- podszedł do jednej z kuchennych szafek, wyciągnął 3 takie same kubki i wrócił do stolika, po drodze zgarniając kamyczek z doniczki. - Zagramy? Jeśli przegrasz zrobisz coś dla mnie, oki?
 - Dobra, ale co takiego?
- Dowiesz się w swoim czasie, złotko.
Postawił kubki na stole, pod jednym chowając kamyczek. Zaczął zmieniać miejsca naczyń, dekoncentrując blondyna, który ostatecznie przegrał. Tryumfując, Jon poszedł z Edwardem do swojego pokoju zabierając ze sobą kilka browarów. Wpuścił blondyna pierwszego, po czym zamknął drzwi i usiadł przy chłopaku na łóżku, wręczając mu butelkę. Wypili wszystko i trwali w ciszy.
- Edward- mruknął Jon. - Rozbierz się dla mnie. - zerknął znacząco na siedzącego obok z lekkim uśmieszkiem.
 - Eee, aha - westchnął i stanął przed brązowookim i powoli zaczął ściągać z siebie ubrania, nie odrywając wzroku od obserwatora. Gdy został w samej bieliźnie, spojrzał na niego pytająco. 
 - Idealnie, a teraz mnie rozbierz.
Chłopak podszedł do niego i zdjął z niego koszulkę. Następnie uklęknął przed nim i zaczął rozpinać spodnie. Zsunął je i usłyszał: "Wiesz, co robić". Złapał delikatnie gumki bokserek z 2 stron i wolno pociągnął je w dół, aż do kostek chłopaka. Następnie skupił swoją uwagę na dużej męskości szatyna. Przejechał po niej palcem, powodując przyjemny dreszcz u Jona. Nachylił się nad kroczek brązowookiego i wziął główkę do ust. Badając żołądź, muskał palcami jądra. Następnie zaczął ruszać głową w górę i w dół, wywołując u jubilata kolejne jęki i westchnienia. Gdy poczuł, że niedługo przyjaciel dojdzie, zaprzestał ruchów językiem i zassał się mocno na całej długości penisa. Usłyszał głośny jęk i poczuł jak ciepła ciecz wpływa mu do gardła. Połknął i odsunął się z uśmiechem. Spojrzał w oczy brunetowi i otrzymał od niego długi pocałunek.
Jon popchnął blondyna na podłogę i usiadł na nim okrakiem, całując jego tors i brzuch. Gdy natrafił ustami na bokserki, ściągnął je szybko i zajął się podbrzuszem zarumienionego chłopaka. Następnie zajął się nabrzmiałym już penisem szarookiego. Podczas, gdy ten jęczał wijąc się, Jon delikatnie zaczął drażnić jego wejście. Wsunął jeden palec, a potem drugi. Wsadzając trzeci podrażnił prostatę, wywołując zduszony krzyk i wytrysk. Połknął i nachylił się nad twarzą zmęczonego blondyna, całując go głęboko i podnosząc delikatnie jego biodra do góry. Wszedł w niego zręcznie, dusząc słodki jęk w swoich ustach. Z początku wolno, potem coraz szybciej, poruszał się w nim płynnie. Ed jęczał pod nim głośno, wbijając paznokcie w jego plecy. Gdy doszedł, zacisnął mięśnie na członku partnera doprowadzając go do szczytu. Szatyn wysunął się z chłopaka i położył obok. Gdy ochłonął usiadł i zerknął na ich brudne ciała. 
- Idę do łazienki- stwierdził i wstał.- Chyba nie chcesz, bym umył się sam, hmm? - uśmiechnął się do niego i zniknął w prywatnej łazience. Po chwili dołączył do niego Edward. Umyli się razem, wytarli i ubrali. Podeszli do drzwi. 
- Wiesz, że z bycia zawodowym farciarzem nici, nie? - szatyn uśmiechnął się do blondyna szeroko i klepnął go w tyłek. 
- Ała, no- jęknął. - Muszę znaleźć inny zawód, a do tego tyłek mnie boli- westchnął teatralnie i oparł się o drzwi.
 - Pewnie  będą pytać, co robiliśmy – mruknął
- Nie muszą pytać... jak zobaczą jak chodzisz, to się domyślą- zachichotał i otworzył drzwi.
- Pięknie- mruknął blondyn i wyszedł z pokoju.